Jump to content

Jasssiu

Użytkownicy
  • Content Count

    39
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    3

Jasssiu last won the day on January 12 2015

Jasssiu had the most liked content!

Community Reputation

11 Dobra

1 Follower

About Jasssiu

  • Rank
    Podglądacz
  • Birthday 02/11/1970

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • From:
    Tychy

Recent Profile Visitors

951 profile views
  1. Szukam elektryka, który specjalizuje się w motocyklach. Najlepiej blisko Tychów. Ma ktoś kogoś pewnego?
  2. Włochy do tanich miejsc z pewnościa nie należą. Paliwo drogie. Jedzenie drogie. Spanie drogie. Autstrady płatne. Wszystko co najmniej 50% drożej jak w Polsce. Ale cóż, dla takich atrakcji warto chociaż raz ten kraj odwiedzić. Polecam
  3. Potwierdzam, że pielgrzymka motocyklowa do Rzymu to wspaniałe przeżycie. Nawet dla kogos takiego jak ja co generalnie lubi samotnie się włóczyć po świecie. Dlatego w tym roku też wybieram się na ten rajd. Tym razem do Fatimy 11-19 czerwiec 2017. Gdyby był ktos zainteresowany to dodam, że wpisowe to tylko 900 zł + opłaty za paliwo, ubezpieczenie, ewentualne opłaty drogowe. Więcej informacji znajdziecie na https://swm.pl/rajd/. Polecam (W "mojej" grupie są jeszcze wolne miejsca)
  4. Dałem radę do Rzymu więc i tam mnie kusi. Tylko do rzymu to maks 500 było. No kasa też jednak była mniejsza. Oj, jak sie waham. Może jeszcze jakas grupa się odezewie... Jeszcze do końca tygodnia daje sobie czas.
  5. Czy ktos ma jakiś namiar na grupę bardziej "turystyczną" z wolnym miejscem w dziesiątce? Byłem w tamtym roku i było super. Teraz zastanawiam się czy dam rady te 800 km robić codziennie, tym bardziej, że jak tylko mogę to wolę nie nudzić się na autostradzie. Ktos coś wie?
  6. Jak niektórzy wiedzą, moją przygodę z Yamahą TDM 900 rozpocząłem 13 lat temu, marzeniem o kupnie motocykla. Nie wiedziałem jeszcze, że marzę o TDM-ce, więc bardziej rozglądałem się za czymś niklowanym i szpanerskim. Pewnie jak wielu trzydziestosześciolatków. Rodzinie zapowiedziałem, że mają 10 lat, aby do tego przywyknąć. Regularnie przypominałem upływający czas. Wcześniej matka, a potem żona twierdziła, że mam wybierać pomiędzy nią a motocyklem. Mając 45 lat rzekłem: albo ja z motocyklem, albo rób co chcesz. Rok szukałem choppera, by w ostatnim miesiącu zdecydować się na turystyka. Ostatecznie zadecydowała moja d…a. Po prostu usiadłem na TDM-ie i poczułem, że to jest to. Pierwsza miłość – to się czuje. Tym co się stukają w głowę twierdząc, że to głupota, powiem: serce nie sługa… jak przy wyborze żony. 2014 lipiec. Przedstawiam Wam moją wybrankę: Yamaha TDM 900 rocznik 2005, oszczędny silnik czterosuwowy rzędowy, 86 KM, sucha miska olejowa, sześciostopniowa skrzynia biegów i napęd łańcuchem tylnego koła. 223 kg., niewiele, bo 47 000 km. Acha i świetne hamulce w jakimś tam oplocie HELowym (cokolwiek to znaczy). Motocykl w bardzo dobrym stanie, a widząc „kurwiki” w moich oczach, właściciel nawet nie chciał dyskutować o zejściu z ceny. Tym bardziej, że dał mi całą listę tego co niedawno naprawiał (napęd, hamulce, świece, akumulator i takie tam). Ostatecznie mam ją za 14 500 zł. Po trzech latach nie żałuję. Początki mieliśmy bardzo trudne, bo prawo jazdy wprawdzie miałem, ale sprzed 25 lat. Trzeba było wykupić dodatkowe jazdy. Pierwsza położenie TDM-ki na podwórku. Potem „w koło komina” i po parkingach. Najdalej 80 km od domu. Takie jednodniowe wypady jak ten: Taki tam króciutki (aż wstyd) wypad początkującego... Tak minął mi sezon 2014 Zima 2015. Przeczytałem z setkę recenzji szukając warsztatu dla mojej „Tereski”. Mniej zachodu miałem, gdy z żoną szukaliśmy ginekologa-położnika. Ale cóż trzeba komuś zaufać. Tak trafiłem do warsztatu „7 Motors” w Chełmie Śląskim, gdzie Dawid ps. DANVIELD zrobił pierwszą fachową inspekcję motocykla. Ja powiedziałem tylko tyle: „rób co trzeba, bo chcę być pewnym, że jest zrobiony dobrze”. On zrobił resztę, czyli: posprawdzał filtry, powymieniał oleje, płyn w układzie chłodzenia. Sprawdził zawieszenie i zrobił ogólną regulację. Dużo mi opowiadał, z czego ja tylko zrozumiałem, że mam zapłacić 650 zł. No i to, że podobno szczęśliwie trafiłem egzemplarz bardzo zadbany. Przed sezonem wymieniłem jeszcze obie oponki za prawie 1000 zł i wyłącznik przy stopce. Cóż, jak się kocha trzeba płacić. Ktoś już wcześniej mnie tego w niejednym sklepie uczył. Wiosny nie mogłem się doczekać, więc gdy tylko słońce ogrzało świat, już na początku marca, ruszyłem w nieco dalszą podróż Spacerkiem: Tychy - Góra Św Anny - Czechy - Tychy. Razem 230 km. Zatankowałem 10 litrów i jeszcze zostało, co dało mi spalanie na poziomie 4,3l. TDM-ka spisała się doskonale, a ja wróciłem prostu szczęśliwy. Od tego momentu nosiło mnie okrutnie. Co miałem chwilkę czasu, to chociaż kilkanaście kilometrów, ale zawsze. Aż w końcu dorwałem, tu na tym forum, taką grupę, która nie bała się zabrać mnie dalej ze sobą. Dziś im się dziwię, bo sam siebie raczej bym wtedy nie zabrał do Rumunii. Tym bardziej, że na pierwsze nasze 15 minutowe spotkanie przyjechałem motocyklem bez lewego podnóżka, bo wyglebiłem się delikatnie na krawężniku. Potem jeszcze raz spotkaliśmy się na 2 godzinki i ruszyliśmy w świat. Macie czas to poczytajcie: Góry Rumunii - spełnione marzenie. Było cudownie, zwłaszcza w górach. Moja TDM bez najmniejszego problemu znosiła moje dziwactwa i błędy, pokonując niekończące się serpentyny. Przejechaliśmy 3200 km. Średnie spalanie wypadło na 4,2 litra. Czyż można się gniewać za taki koszt jazdy? No chyba jedynie na słowackie ceny paliwa, bo w Rumunii i na Węgrzech podobnie jak w Polsce. Latem jedno czy dwudniowe spacerki motocyklem po polskich drogach – tak dla samej przyjemności. Jesienią, jeszcze 2015 roku, pognało mnie na wschód. Tym razem samotnie pojeździłem wzdłuż naszej wschodniej granicy nie omijając Lwowa czy Wilna. Od Wisły na wschód - Kresy Polskie. Jazda samemu ma ogromną zaletę - nie trzeba nic planować i z nikim o tym dyskutować. Po prostu siadasz i jedziesz, gdzie Cię oczy niosą i serce podpowiada. Niestety ma też jedną wadę, którą sobie uświadomiłem podnosząc się na poboczu niedaleko Polsko-Litewskiej granicy: gdy się wywalisz to sam musisz podnosić motocykl. A gdy się wywalisz bardziej skutecznie, to może nie być nikogo, kto zadzwoni po pomoc. Ale cóż podniosłem się i jeszcze bardziej ostrożnie ruszyłem dalej. Tylko żal mi było połamanego plastikowego boczku „Tereski”. A taki ładny, oryginalny był. No cóż! Ważne, że nic poważnego mi i TDM-ce się nie stało. No i tak minął kolejny sezon, nadeszła zima 2016 i czas na zimowy serwis. Tym razem nie miałem wątpliwości, moją „Tereskę” może dotykać tylko Dawid. W końcu sprawdził mi się zabezpieczając bezproblemowe pokonanie tysięcy kilometrów. Tym razem byłem i widziałem jak dokładnie pracuje. Znów serwis zawieszenia, wymiana oleju, płynów i nówki świece irydowe. Moja TDM podobno abstynentka – nie łyknęła nawet kieliszka oleju. Była też „poważna” naprawa wymagająca wymiany czujnika hamulca przy kierownicy i to tyle. 630 zł kosztował mnie serwis po przejechaniu prawie 12 000 km i spaleniu prawie 500 litrów paliwa. Dlatego nadal kocham moją TDM! Wiosną 2016 roku, wraz z towarzyszami z rumuńskiej wyprawy, pojechałem na kilka dni w Bieszczady, a potem w lubelskie i kieleckie – razem 1300 km. Polska południowo-wschodnia (maj 2016) Po tej podróży zaczął powoli wyciekać olej z przedniego zawieszenia. Za 200 zł Dawid zrobił co było trzeba twierdząc, że ktoś kiedyś naprawił tylko jedna stronę. Nie rozumiem takich oszczędności, bo to przecież chodzi o komfort i pewność podróży. A może, to ja tak tylko się boję? Na początku lata kolejna wyprawa mojego życia. Pielgrzymka do Rzymu. W pewien sposób to podziękowanie za tyle wspaniałych chwil w siodle. Tam, dosyć szybko przez Czechy i Austrie. Potem niezwykłe uczucie podczas jazdy ulicami Wiecznego Miasta, a zwłaszcza wjazdu kolumną na Plac Świętego Piotra. A następnie powrót zwiedzając północ Włoch, Austrię i Czechy. Z pielgrzymką do Rzymu i powrót przez Alpy (2016) .W sumie przejechałem ponad 4000 km. Jedynym problemem technicznym stał się rachunek bankowy z informacjami o tankowaniu i opłatach za autostrady – drogo! Po powrocie nieco odpoczynku i kolejny wyjazd na Woodstock. Po raz pierwszy trafiłem w tak niezwykłe miejsce, pełne tylu różnych ludzi, tylu charakterów i pomysłów na życie. Jeżeli jeszcze nie byliście, to polecam wioskę motocyklową przy tym festiwalu. Wprawdzie warunki spartańskie, ale atmosfera przednia. No i organizatorzy zapewnili pełne bezpieczeństwo pilnując przez całą dobę moją TDM-kę. Kolejne 1000 km zaliczone. W tym roku jeszcze troszeczkę pokręciłem się „w koło komina” i znów mamy zimę i czas podsumowania. Na liczniku od poprzedniego serwisowania przybyło 11000 km przejechanych bez jakiegokolwiek problemu technicznego. Dawid twierdzi, że znów powymienia co trzeba i spokojnie w dalszą drogę. Wierzę mu, ale jednak martwi mnie przebieg, który nieubłaganie rośnie. Podejrzewam nawet, że żona nocą podkręca mi licznik, aby było więcej. Motocyklem jeżdżę tylko od czasu do czasu, a samochodem stale. Jednak tu przebieg roczny rośnie mi 4 razy szybciej! Do tego nie wiem, czy to z zazdrości, czy z dobrego serca, ale coraz więcej znajomych twierdzi, że powinienem rozstać się z moją Yamaszką, bo ją zbyt wykorzystuję. Że powinna trafić do kogoś, kto nie będzie ganiał jej po kilkanaście tysięcy kilometrów rocznie. Podobno zasłużyła na łagodniejsze traktowanie. A samemu kupić sobie coś z mniejszym przebiegiem. Tylko, czy to nie zdrada uczucia? No chyba, że to znów będzie TDM J. Przyzwyczaiłem się. Inni twierdzą, by dalej jeździć, bo przynajmniej wiem, że jest niezawodna, a te sprowadzane to często oszukane przebiegi mają. Tylko co z nią zrobię, gdy bedzie dochodziła do 100 000? A Wy jak uważacie? Jassssiu https://jasssiu.blogspot.com/
  7. Mija powoli cudowny rok mojego życia. Mógłbym powiedzieć przełomowy. Mam wrażenie, że zmienił się mój kręgosłup. I to nie tylko ten, który podtrzymywał moją głowę, przysparzając jej przy okazji bólu, a mnie obdarowując urlopem zdrowotnym. Zmieniło się moje podejście do wielu spraw. Zauważam wiele obszarów, które w życiu zaniedbałem. I jak tu nie błagać świat i Boga o miłosierdzie? W ciągu roku przejechałem szczęśliwie na mojej TDM-ce ponad 15000 km po drogach Polski, Słowacji, Rumunii, Węgier, Ukrainy i Litwy. I jak tu nie dziękować Bogu? A gdzie lepiej jak nie na pielgrzymce? To też postanowiłem dodać jeszcze kilka tysięcy do licznika i wyruszyć z pielgrzymką motocyklową do Watykanu. Codzienna poranna Masza Święta, modlitwa w czasie jazdy, piękne krajobrazy pomagają człowiekowi w rozmyślaniach. I tak zaczynając w Łagiewnikach, przez Słowację i Austrię dotarłem do Włoch. Cztery dni po około 400 km. Ponad sto motocykli podzielonych na 10 osobowe grupy. Po drodze nasza grupa odwiedza też Asyż, z którego pochodził św. Franciszek. Piękne miejsce pod każdym względem. No i w końcu Rzym. W środę rano, paradą motocykli, zwiedzamy Wieczne Miasto, docierając na Plac Świętego Piotra. Duże przeżycie, podobnie jak spotkanie z Ojcem Świętym Franciszkiem (przejechał kilka metrów obok mnie). Potem jeszcze spacer i wieczorem się żegnamy. Cudowna przygoda i duże przeżycie od początku, aż do końca. Z pielgrzymki każdy wraca zgodnie z własnym pomysłem. Ja dołączam się do grupy 3 motocyklistów planujących jeszcze zwiedzanie Włoch i Alp. W upalnej pogodzie trafiamy do Sieny przepięknego miasta na rozległym wzgórzu. Potem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i jesteśmy nad morzem. Poranne plażowanie, kąpiel i ruszamy do Pizy zobaczyć wieżę. Krzywa wieża to piękny obiekt, ale wokół jest wiele równie urodziwych. Szybko zwiedzamy, fotki i ruszamy dalej. Tym razem korzystamy z szybkich dróg, również autostrad, (które we Włoszech są po prostu drogie) Po drodze omijamy zabytki, które w innym państwie byłyby kluczowymi. Tu, czasem tylko spoglądamy z daleka. Kolejny nocleg nad przepięknym jeziorem Gardno i kąpiel o zachodzie i wschodzie słońca. Powoli pniemy się wyżej i wyżej docierając do Alpejskich przełęczy i najsłynniejszej wśród motocyklistów: Przełęczy Stelvio. Niestety zjazd w dół z tej przełęczy cały czas w deszczu. Adrenalina tym bardziej buzuje w żyłach. Wieczorem rozdzielamy się. Koledzy wracają szybko w kierunku Austrii, a ja sam postanawiam dłużej pokręcić się po trasach Alp Włoskich. Dzięki temu kolejny dzień obfituje w przepiękne wysokogórskie widoki. Ale na tym nie koniec gór. W końcu i ja udaję się do Austrii, gdzie zaliczam w doskonałej pogodzie, przejazd Grossglockner Hochalpenstrasse. Ponad 2500 mnpm daje niesłychane możliwości podziwiana piękna przyrody. Żegnam Alpy i jadę w stronę domu. Jeszcze w Austrii nocleg nad uroczym jeziorem Attersee. Potem troszkę zahaczając o Niemcy docieram do Czech. Odwiedzam niezwykle piękne miasta jak: Czeski Krumlow i Czeskie Budziejowice. Dwa dni jestem w Czechach błąkając się maleńkimi wiejskimi uliczkami i obserwując jak tu żyją ludzie. W końcu czas wracać. Ostatni etap, ponad 500 km, pokonuje niemal jednym skokiem. Staram się zdążyć na mecz Polska-Portugalia w ramach Euro 2016. Docieram na 15 minut przed meczem. Szybka kąpiel i błogi odpoczynek przed TV. Jestem szczęśliwy!
  8. Opis wycieczki dla mojej drogiej żony, dzięki której tyle chce mi się podróżować. Która rozumie moją pasję i po powrocie wita mnie uśmiechem – tak jak zdecydowana większość żon motocyklistów. No chyba, że mi się wydaje. Żonko! Miałaś rację ze podróżowanie motocyklem to pomyłka i nic dobrego. Ze powinienem zostać w domu, bo przecież urlop to najlepszy czas na prace domowe. Miałaś rację, jak zawsze, że wyjazd motocyklem na spotkanie do Katowic, gdy słoneczko dopiero co zaczyna przygrzewać, to marny pomysł. A trzeba dodać, że znając tylko połowę osób, z którym zamierzałem jechać, przecież nie można było liczyć na fajną przygodę. Jedziemy. Pięć motocykli, jedna „puszka” i ośmioro osób. Kto normalny chciałby się zachwycać porannymi promieniami słońca, jadąc pustawą autostradą ze znajomymi, z szybkością ponad 120 km/h? Więc w paskudnym humorze przemierzałem drogi Śląska i Małopolski, omijając np. wątpliwej klasy atrakcje w Zatorze (Dinozatroland i Energylandię - świetne), czy inne turystyczne miejscowości. Drogi dosyć wygodne i pogoda przyjemna, nie mogły osłodzić męczarni, jaką jest jazda na mojej maszynie (TDM – wybacz!). I tak smutni dotarliśmy do Muszyny, gdzie po zjedzeniu takiej sobie pizzy, udaliśmy się na miejsce noclegowe: „Rumcajsówna” – lub jakoś podobnie. Tam oczywiście zimna herbatka i zaraz po bajce zasnęliśmy, omijając z dala atrakcje związane z grillem. Kolejny dzień jedziemy w jakieś beznadziejne tereny nazywane Bieszczadami. Aż żal było czas tracić na spoglądanie na te ponure krajobrazy, na te nieciekawe jeziorka i górki, a do tego wlokąc się powolutku wśród spalin i huku tych ryczących motocykli. W Bieszczadach całymi dniami zwiedzałem kościółki i cerkiewki, gdzie kontemplowałem i marzyłem o szybkim powrocie na Śląsk. Noclegi udało się nam znaleźć „U Janusza” w miejscowości Zadwórze. Tobie by się nie spodobało. Jednak motocyklistom mógłbym naprawdę szczerze polecić. Chociażby, dlatego, że 4 maszyny znalazły dach nad kierownicą (polecam). W podwórku jest też zakład mechaniczny. Wprawdzie dla samochodów, ale jak trzeba to pomocny – sprawdziliśmy. Nudę, jaka nas całymi dniami męczyła próbowaliśmy zabić wieczornym ogniskiem lub grą w bilard, lub tenis stołowy. Ale gra okazywała się być dosyć trudna. Im dłużej graliśmy tym trudniej było trafić w piłeczki. Nie rozumiem dlaczego. Z rana, gdy dochodziliśmy do siebie. Z trudem zmuszaliśmy się, aby jechać dalej. I tak objechaliśmy Małą i Dużą Pętlę Bieszczadzką. Taki sobie gość z Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej (polecam) podpowiedział nam jeszcze kilka niezwykle nieatrakcyjnych miejsc, gdzie oczywiście my durni pojechaliśmy z ochotą. Tam gapiliśmy się beznadziejnie w jakieś wodospady, tłukliśmy się po niezbyt uroczych wąskich dróżkach i mostkach… No i muszę się poskarżyć, że pogoda była słoneczna lub trochę pochmurna i tylko raz był porządny deszcz. Z okolic Polańczyka spoglądaliśmy na wody Zalewu Solina. Oczywiście już sam widok nie zbyt zachęca do wyprawy w te tereny. A szczególnie marna jest zapora wodna. Po co ci ludzie tu jadą? No jedyne wytłumaczenie może być takie, że budek i pamiątek jest tutaj niemal jak na Krupówkach w Zakopanem. Tu można sobie coś niezwykłego kupić: np. kierpce czy oscypek. Bieszczady nas zupełnie zawiodły, więc pojechaliśmy w okolice Kraśnika, a dokładnie do Dzierzkowic- Woli (polecam). To był nasz błąd, bo za nocleg w nowo oddanym schronisku młodzieżowym płaciliśmy po całe 15 złotych. Szok. Powitanie, jakie nam zgotowano i regionalne soczki, jakie pojawiły się na stole sprawiły, że zapomniałem robić zdjęcia. Przypomniałem sobie dopiero, o aparacie i gdzie jestem, następnego dnia koło południa. Okolica tak spokojna, że pozostało nam nic tylko marzyć o powrocie do zatłoczonych miast. W Dzierzkowicach czuliśmy się tak, że spaliśmy tu 2 dni, a że blisko było do Kazimierza Dolnego to pojechaliśmy zwiedzać to ponure miasto. Łaziliśmy po starym rynku otoczonym starymi kamienicami. W końcu coś trzeba robić, aby się nie zanudzić na śmierć. Kilka fotografii w różnych miejscach. Nie żeby się chwalić, że ładnie tam, tylko tak z przyzwyczajenia. Wdrapaliśmy się nawet na Wzgórze Trzech Krzyży. Przed szczytem niespodzianka: kasa fiskalna i opłata 2zł za oglądanie trzech krzyży - o okolicy nie wspomnę. Panowie i panie z PIS-u powinni się tym zając! Potem na kolejne wzgórze, gdzie znajdują się ruiny zamku średniowiecznego. Zapewne te dalekie widoki nie podobałoby Ci się. W Dzierzkowicach pożegnaliśmy się i większość wróciła do domu. Ja jeszcze troszkę się pobłąkałem po okolicy. Odwiedziłem Sandomierz. Generalnie do Sandomierza to nie warto jechać, bo po co narażać się na spotkanie z aktorami z jakiegoś planu filmowego. Po co oglądać miejsca stare po kilka set lat np.: Zamek w Sandomierzu, który za swe odnowienie dostał jakąś nagrodę. Są tu też takie pospolite wąwozy, którymi sam pochodziłem. Turyści mówią, że podobno przepiękne. Ale co może być pięknego w takim czymś? No powiedz sama, czyż nie lepiej było zostać w domu? Kolejny mój dzień to Opatów, a w nim „stara jak świat” kolegiata oraz dawna brama wjazdowa do miasta. Chyba od strony Warszawy, bo nazwano ją warszawską. Dla zabicia czasu podjechałem też do Ujazdu, gdzie po wspaniałym zamczysku pozostała jedynie ruina. Krzyż-Topór budzi respekt swą wielkością. Pobłąkałem się jeszcze motocyklem po okolicy, aż mnie tyłek zabolał od jazdy. Masz rację! Lepiej było samochodem. Bo, po co mi ta adrenalina nie wiem. Pogapiłem się na te bezkresne, beznadziejne widoki krajobrazu świętokrzyskiego. Taka jazda na pewno by Ci się nie spodobała. Trafiłem do Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie idąc od tyłu pomnika, zrobiłem sobie głupie zdjęcie. Jak się okazało, bardzo głupie, bo to pomnik ludzi, którzy tu zginęli w czasie wojny. No w końcu, cóż ja mądrego mogę wymyślić? Myślałem, myślałem i wymyśliłem: czas wracać do domu. Po drodze, koło Kielc, odwiedziłem jeszcze jedne ruiny – zamek Chęciny. Potem jeszcze 3 godziny. W tym jedna w deszczu. I jestem w domu. Żono! Rzeczywiście szkoda było czas tracić na motocyklową wyprawę, bo to jest: nie fajne, nudne, nieatrakcyjne i w ogóle BE. Masz rację, że witając spojrzałaś na mnie… Wiem: nie rozumiesz motocyklistów i nie chcesz z nimi podróżować. A CZY TY, podglądaczu mojej korespondencji do mojej żony, MNIE ROZUMIESZ? fotki: https://drive.google.com/open?id=0B_cqiFQpvdMwclFIaVVxeElDU3M
  9. Witam! Ukraina to piękny kraj. Byłem w tym roku we Lwowie. Drogi ze Lwowa na przejście w Medyce i Hrebennie dobrej jakości - bez problemowe. Paliwo bywa podłe więc trzeba pytać miejscowych gdzie tankowac. Motocykla nie zotawiłbym nawet na godzine bez pilnowania, więc nocowałem w hostelu gdzie było ogrodzenie i nocny stróż. Lwów to fajne miasto i chętnie jeszcze raz się wybiorę, tylko nie mogę jeszcze okreslić czy w tym terminie dam radę. Pozdrawiam Janusz
  10. Fajne. Planuję w kilku miejscach, w tym roku, Cię sprawdzić czy rzeczywiście tak tam pieknie
  11. No nie ładnie. Foch (Sam sobie odpowiedz dlaczego )
  12. Zdecydowanie smartfon i internet ułatwią znalezienie jakiegoś noclegu. Ale spece od promocji z byle strychu apartament zrobić mogą. Do tego nie zawsze jest informacja o bezpiecznym parkingu dla motocykla. Dlatego myślę, że krótkie informacje o bezpiecznych i wypróbowanych kwaterach z podaniem orientacyjnej ceny, to fajna sprawa. Osobiście, zapewne nie odkrywję tu nowości, ale polecam https://web.facebook.com/BieszczadzkaPrzystanMotocyklowa Miejsce bynajmniej nie ma wysokiego standardu noclegowego, ale ma pierwszorzedny klimat. Motocykle zabezpieczone. Jest warsztat dla drobnych napraw. No i gospodarze, którzy wiedzą co jest nam potrzebne do szczęscia, bo sami nie jeden kilometr motocyklem przejechali. Cena od 30 zł w górę za osobę.
  13. A nie można takiego czegoś usunąć? Obudź się Moderatorze i zrób porządek z tymi dwoma kontami!
  14. Piękna wschodnia Polska, nasze Kresy Wschodnie. Pełne pamiątek pokręconej historii. Pokaleczone wojnami. Nie bogate, ale widać, że co raz bardziej zadbane. Niezapomniane widoki gór, jezior, pól i lasów. Ludzie wierzący w Boga na wiele sposobów. Tolerancyjni nie na pokaz, ale z wielowiekowej tradycji. Przyjaźni. Szukasz spokoju – tu go znajdziesz w wielu miejscach. Szukasz Boga – tu można go zobaczyć na wiele sposobów. Tylko nie jedźcie tam wszyscy, bo zadeptacie to wszystko swymi markowymi buciorami. Bieszczady. Nocleg Bieszczadzka Przystań Motocyklowa. Może standard niewysoki, ale klimat wspaniały. Klimat gór i motocyklowych opowieści przy ognisku. Mili własciciele. W rejonie bardzo drogie paliwo. Niezłe drogi. A serpentyny na drodze do Przemyśla (trasa 28) zaliczyłem 3 razy. Blisko na Ukrainę, więc czemu nie zobaczyć Lwowa. Nocleg w hostelu Leoni ze strzeżonym parkingiem w cenie (na nasze 26 zł za 2 dni). Lwów przepiękne miasto, a do tego tętniące życiem do późna. Drogi o przeróżnej jakości. Są i dobre i takie, po których tylko krosem. Lwów pożegnał mnie taką ulewą, że ulicami płynęły rzeki. Zamość, Lublin i okolice. Przyjechałem tu zlany i zmarznięty. Cóż nie zawsze jest pogodnie. Ale warto, bo zacne tu tereny, bogate w zabytki architektury. Fakt, wiele z nich zostało zniszczone przez wyzwolicieli z bratniej armii czerwonej, ale już w dużym stopniu odnowione. Paliwo o przyzwoitej cenie. Nocowałem w schronisku młodzieżowym, ale Wam już się nie uda, bo zostaje zlikwidowane. Warszawa – tu nie ma, co pisać. Każdy ma własne zdanie. Podlasie. Niezwykle urokliwe miejsca. Ogromne połacie pól i lasów. Drogi jak z bicza strzelił o różnej, jakości. Wrażenie, że wszystko toczy się swoim, wolnym rytmem. Ludzie mają trudniej przetrwać, więc bardziej ludzcy i przyjacielscy. A może tylko na takich trafiłem? Hmm. Cudowne miejsca dla ludzi szukających spokoju i dystansu od korporacyjnej cywilizacji. Spałem we wsi Stare Masiewo. Prawie w środku Białowieskiego Parku Narodowego. Miejsce gdzie nawet autobusy nie jadą, a do lasu wchodzisz po przeczytaniu informacji, że „na własne ryzyko”. Paliwo dosyć tanie. Litwa. Przed granicą miejsce pamięci, które nie wiem po jakie licho, w ostatniej chwili chciałem zobaczyć. Hamulec. Skręt na pobocze. I gleba na żwirku, na własne życzenie. Obiłem prawy boczek, lusterko i kufer. Ale na szczęście nic co nie pozwoliłoby mi jechać dalej. No to pozbierałem się i jadę. Wilno ze swoją nastrojową starówką, bogatymi dzielnicami biurowców i biednymi dzielnicami chatek wiejskich robi wrażenie. Co rusz ktoś prosi o euro lub złotówki. Kowno – takie sobie miasto. Na Litwie generalnie drogie paliwo i żywność. A o standardzie panującym w hostelach lepiej nie mówić. Ale da się przeżyć. Za to można poznać międzynarodowe towarzystwo w pokoju. Mazury. Widoki, jakich się nie zapomina. Jak ktoś szuka Boga to znajdzie wiele sanktuariów, a z nich chyba najbardziej znane to Święta Lipka. Jak ktoś szuka pamiątek historycznych to znajdzie i zamki, i kwaterę Hitlera, i wiele innych. Jak ktoś szuka spokoju, to nie tak łatwo, bo turystów wielu. Widać też jak poprawia się infrastruktura turystyczna. Paliwo raczej w wyższych cenach. Mazowsze. Powrót z noclegiem w Ciechanowie. Po drodze fajne miasta. Paliwo najtańsze w Mrągowie, bo 50 gr. mniej niż w Bieszczadach. Twierdza Modlin warta zobaczenia. Podziękowanie na Jasnej Górze za szczęśliwe przejechanie 3700 km. I to tyle. W pamięci tyle wspomnień, że starczyłoby na wiele stron. Ale chyba nie warto pisać, bo każdy może sam przeżyć po swojemu. Czego Wam życzę. Szerokości. Więcej możecie zobaczyć na zdjęciach: https://drive.google.com/folderview?id=0B_cqiFQpvdMwYXJHVml2eFdVVmM&usp=sharing P.S. Wyjazd nie był specjalnie planowany. 83,5% zostało zaplanowane w trakcie wieczornych odpoczynków. I tu jest zaleta jazdy samemu – nie trzeba się z nikim dogadywać. Wolność i swoboda. Ale jest też wada, że gdy coś ci się podoba to nie ma z kim się tym podzielić. No i chyba nie jest to najbezpieczniejsze. Ale cóż, coś za coś.
  15. Na mój pierwszy, dalszy, wyjazd motocyklowy szukałem pomysłu i kompanów w internecie. Troszkę to ryzykowne, bo ile ludzi tyle poglądów i charakterów. A wiemy, że w Polsce to nawet więcej. Ale samotnie jeszcze gorzej - to jak z małżeństwem. Po krótkim wahaniu podpiąłem się do wyprawy do Rumunii zaplanowanej na Śląskim Forum Motocyklowym przez Artura (Pedro). Termin 27 czerwiec – 12 lipca 2015. W planie góry Rumunii i odpoczynek nad węgierskim Balatonem. Przed wyjazdem raz udało się nam wszystkim spotkać, dwie godziny pogadać i tyle. Nadeszła sobota. O 7:00 ruszamy z pod bramek na autostradzie przy Mysłowicach. Artur prowadzi na Hondzie VFR, za nim Irek z Moniką na BMW GS, potem Daniel na Fazerce. Na końcu ja. Staram się ich nie zgubić jadąc na mojej TDM 900. Nie żeby nie dawała rady, ale jeszcze bardzo wątpiłem w swoje umiejętności (teraz też tak mam, ale mniej). Kraków bokiem, potem na Nowy Sącz. Ostatnie tankowanie za normalne pieniądze tak, aby przeskoczyć przez Słowację i 1 euro nie wydać na paliwo. Potem jazda, Koszyce, kolejnych kilka godzin jazdy i znów mijamy przejście graniczne. Jesteśmy na Węgrzech nieco zmęczeni, ale szczęśliwi. Na pierwszy postój zaplanowany jest Tokaj, a w nim polecany na forum pensjonat. Niestety brak miejsc – zajęte przez ekipę z Krakowa. Troszkę szukania i trafiamy do apartamentu w hotelu. Nie jest najtaniej (80 zł od osoby), ale jest basen, jacuzzi, sauna i rano śniadanko. Na licznikach 420 km. Wychodzimy na miasteczko i okazuje się, że łatwiej kupić beczkę wina niż znaleźć jeden bankomat. Na szczęście mam czym zapłacić za nasz obiad i do pokoju wracamy z pełnymi brzuszkami i bukłaczkiem wina (bukłak to plastikowy trzylitrowy pojemnik, który niezmiennie kojarzy nam się z butelką oliwy). Jest OK. Chociaż nieco martwią nas zaparkowane pod hotelem na chodniku motocykle. Obsługa gwarantuje bezpieczeństwo. Rano okazuje się, że słusznie. Nawet zapomniany przeze mnie aparat fotograficzny i rękawiczki Irka czekają spokojnie na maszynach. Ruszamy około 9:00 w kierunku granicy rumuńskiej. Tym razem jest kontrola na granicy. Trzeba pokazać dowody osobiste, ale kasków zdejmować nie trzeba. Celnicy każdego identyfikują po oczach – zdolne bestie. No i mamy pod kołami Rumunię. Pierwsze wrażenie to dobrej jakości asfalt i niezwykle zróżnicowane domy i pojazdy. Obok przepięknych pałacyków, lepianki niczym z filmów Cejrowskiego. Obok limuzyn - furmanki. Kilkadziesiąt kilometrów od granicy trafiamy na pierwsze rumuńskie górskie serpentyny. Jesteśmy tak zaskoczeni, że nawet filmy tylko z części zjazdu udało się nagrać. Trudno. Nocleg planowaliśmy w miejscowości Daj, ale adres pensjonatu okazał się niemożliwym do znalezienia. Szukamy pensjonatu lub hotelu. Jest. Trzy gwiazdki ma, ale ostatni remont to chyba Ceaușescu robił w latach swej świetności. Znajdujemy kolejny, niestety za drogi. Zniesmaczeni ruszamy dalej. Lądujemy w miłym pensjonacie około 20 km dalej. Miejscowość Beclean. Na licznikach kolejne 300 km. Pensjonat IRIS. Można polecić, bo pokoje czyste i przytulne, a na dole restauracyjne jedzonko. No i gospodarz nas do siebie kieliszkiem przekonał. Kąpiel, spacer, festyn, piwko i śpimy. Największą atrakcją kolejnego dnia jest Wąwóz Bicaz oraz pobliski zalew. Zwłaszcza wąwóz trzeba zobaczyć, mimo iż drogi w tym rejonie są najgorszymi drogami w całej Rumuni (mniej więcej takie jak większość tych w Polsce). Wysokie skały zapierają dech w piersi. W Polsce na pewno byłby tu park narodowy i 30 zł za wjazd. Tu podziwiamy za darmochę. Objeżdżamy zalew i śpimy w domkach kempingowych niedaleko tamy Bicaz. Motel Cristina. Grill przypomina nam Polskę, tylko kiełbasa jakaś taka nijaka. Kolejny dzień to 300 km spaceru przez Rumunię, cały czas uciekając przed deszczem. Nocujemy w Cartisoarze w pensjonacie Casa Duse. Widać, że motocykliści tutaj to goście bardzo pożądani (czysto, bezpiecznie, na noc brama zamykana). Mimo deszczu nie jesteśmy jedyni, którzy tu dotarli na motocyklach. Napięcie w nas rośnie, bo wyraźnie już widać Góry Fogarskie, w których jest sławetna Trasa Transfogarska. Wcześnie rano, znów uciekając przed deszczowymi chmurami, ruszamy. Powoli pniemy się w górę. Nieco ślisko i jakże kręto. Po godzinie pojawiają się pierwsze widoki, dla których warto jechać 1000 km. Im dalej tym piękniej. Mamy szczęście, bo droga dosyć pusta. Zakręty, adrenalina i bajeczne widoki. Czego można pragnąć więcej? Nie przeszkadza nawet niska temperatura. Fotki, filmiki – będzie co wspominać. Na szczycie tunel. Jedziemy dalej, aby znaleźć nocleg możliwie blisko kolejnej trasy - Transalpiny. Znów nie możemy się doczekać rana. W końcu ruszamy po kolejne niezapomniane wrażenia z górskiej jazdy. Droga zupełnie odmienna. Aż na szczyt (ponad 2100 m n.p.m.) jedziemy bezleśną, dobrej jakości, krętą drogą. Dalekie widoki górskich połonin. Przez większość trasy pustkowia i wypasające się bydło. Tylu zakrętów się nie spodziewałem. Moja TDM płynie radośnie, kołysząc się raz w lewo, raz w prawo. Chodników nie ma. Czasem betonowe barierki. Często tylko krawężnik i górskie zbocze. Nieco się rozdzielamy, bo każdy waży swoją odwagę i umiejętności swoją miarką. Niestety moja kończy się na zakrętach przy 65 km/h. Nawet nie wiem czy to mało, czy dużo. Są emocje, których się nie zapomina. To jak mocny narkotyk, po którym nic już nie jest takie jak było wcześniej. Chciałoby się wrócić i jeszcze raz, i jeszcze… Wrócę kiedyś na pewno. Tymczasem kolejny nocny postój w Petresti koło miasta Sebes. Polecany pensjonat o znanej nam już nazwie IRIS. Podwórko zamykane, często przyciąga motocyklistów. Na szczęście jeden pokój udało się zdobyć, bo resztę zajmują inne grupy. Jest pralka, jest obiad i jest kieliszek Palinki. Jak mi jeszcze kiedyś ktoś powie, że Rumuni to nie fajni ludzie, to nie ręczę za siebie. Bardzo żałujemy, że Monika nie dostała pełnych 2 tygodni urlopu i musimy powoli opuszczać Rumunię. Kolejny dzień to zwiedzanie rumuńskiego zamku Corvinilor. Czadowy, chociaż ubogo wyposażony. Z zewnątrz robi duże wrażenie. Przy okazji nieco odsapnęliśmy, bo upał 30 stopni daje się we znaki. Kierujemy się na Węgry. Znów przejście graniczne i tym razem śpimy w miejscowości Mako w przydrożnym motelu. Węgry to jednak wyższy standard pensjonatów i wyższa cena. A do tego setki forint do zapłacenia za kufel piwa. Fakt, że wartość porównywalna z cenami w Polsce, ale robi złe wrażenie. No i to, co najgorsze – język. Węgrzy musieli okropnie podpaść Panu Bogu przy budowie Wieży Babel, że im taki język dał. Po prostu nic nie można zrozumieć, ani z mowy, ani z pisma. Ale jacuzzi było OK. Kolejny dzień. W temperaturze ponad 30 stopni jedziemy nad Balaton do miejscowości Siofok. Miasteczko niczego sobie, ale turystycznie po głębokim kryzysie. Widać wiele zamkniętych lokali handlowych i pensjonatów. Zjednoczenie Europy nie wyszło tu na dobre. Komunistyczni klienci to obecnie biznesmeni. Już nie wypoczywają nad Balatonem, tylko nad oceanem. W końcu Balaton to taka większa kałuża i nie ma czym się zachwycić. Tu generalnie spędzamy 2 dni i kończy się nasza zaplanowana trasa. Rozjeżdżamy się. Irek z Moniką wracają w niedzielę. Artur w poniedziałek. Ja z Danielem jeszcze zwiedzamy Budapeszt i Eger. Wracam z licznikiem bogatszym o 3200 km. Okazało się, że wspólna pasja potrafi jednoczyć. Że obcy ludzie po kilku wspólnych dniach na motocyklach mogą się polubić i nadawać na podobnych falach. Wszyscy zachwycaliśmy się pięknem Rumunii i na pewno tam wrócimy. Oczywiście, gdy tylko zdrowie i portfel pozwolą. Opinie, jakie krążą o tym kraju są bardzo niesprawiedliwe. Wszyscy jesteśmy nieco zawiedzeni Węgrami, które są o wiele mniej przychylne Polakom. Ten kraj raczej pozostanie, jako przystanek na drodze w lepsze strony Europy. Cieszę się, że poznałem te miejsca. Cieszę się, że nasza wyprawa się udała. Że poznałem Monikę, Irka, Artura i Daniela – wspaniałych kompanów na kolejne wypady. No i wszystkim polecam Rumunię. Tam się wszystko zaczęło:) http://www.motocykle.slask.pl/index.php?/topic/134861-w%C4%99gry-rumunia-27062015-do-11072015/, a teraz tam można znaleźć 2 filmiki Zdjęcia: https://drive.google.com/folderview?id=0B_cqiFQpvdMwY01rQTNZQUlUejg&usp=sharing
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.