Jump to content
Forum Śląskich Motocyklistów

Leaderboard

Popular Content

Showing content with the highest reputation since 12/29/2021 in all areas

  1. Troszkę odświeżę temat. W między czasie było malowanko, potem szlif... a teraz garaż i czekanie na sezon
    2 points
  2. Znowu nie pojadę do Turcji. Początkowo łudziłem się jeszcze parę tygodni, że może coś drgnie. Niestety, na sam koniec nawet przejazd przez Rumunię wisiał pod znakiem zapytania, a chaos medialny dodatkowo pogarszał sprawę. Przyszła wreszcie pora na konkretne działania, bo nie chciałem już dłużej czekać i pozwolić aby to rząd zdecydował za mnie dając szlaban na opuszczenie kraju. Wybrałem kierunek „Alpy-Pireneje szlakiem zabytków architektury obronnej”, który jest najbliższy moim zainteresowaniom. Wiedziałem z grubsza jakie miejsca chcę zobaczyć, natomiast pozostała reszta niewiadomych wyjaśni się jak zawsze sama w trakcie podróży. Trzeba było rzecz jasna kupić trochę Euro, ubezpieczenie, moto na szczęście zostało ogarnięte wcześniej. Trasa wyjazdu 2020 W porównaniu do poprzedniego wyjazdu pakuje się na miękko. Sprezentowałem sobie znane wielu motocyklistom sakwy Kriega. Afryka dostała siatkę Cool Covers, szybę Puig z deflektorem oraz spacerówki. Opony szosowe nie wiedzieć czemu nie doszły na czas, wiec postanawiam zadowolić się tym co zostało na kołach - Pirelli Scorpion Trail STR z 5000km nalotu. Za swego rodzaju inwestycję uważam również parę tegorocznych szkoleń z techniki jazdy. Wyjazd był zatem okazją do sprawdzenia czy cokolwiek pomagają w praktyce turystycznej. Afryka gotowa do drogi. Nie przesadzałem z klamotami. W sakwach sporo luzu Obowiązkowe polanie wodą na szczęście Dzień pierwszy 28.07.2020 Wyruszam z Krakowa późnym gorącym popołudniem. Po kilku godzinach spokojnej autostradowej jazdy docieram do przełęczy Czerwonogórskiej w Czechach. Niespiesznie pokonuje serpentyny, gdyż przed chwilą padał deszcz, zatem nierozsądnym było by cisnąć na siłę. Sezon urlopowy w pełni, więc szwendam się z konieczności po hotelach i pensjonatach w poszukiwaniu wolnego pokoju, który finalnie znajduje w Sumperku. Uradowany zasypiam momentalnie.
    2 points
  3. Tak na wszelki wypadek Herzlich willkommen Welcome أهلا بك 歡迎
    2 points
  4. Ku*wa, to niesamowite.......
    1 point
  5. Akustycznie wymiata, dobrą opinię potwierdza też mój faworyt: https://www.youtube.com/watch?v=PtKE8DmBSvM , który, jak Marcin, nagrał Fly Me To The Moon: https://www.youtube.com/watch?v=fkDF9vrvxFk
    1 point
  6. To tu jeszcze jeden Krajowy niesamowity mlody talent. Co niektorym siedzacych w temacie to i szczeka opada
    1 point
  7. Cześć, w okolicach Wichra znajdziecie Red Habanero. To niewielka manufaktura serwująca głównie hamburgery w ok 10 wariantach. Można też zamówić steki. Porcje są bardzo syte i smaczne. Mięso smażone jest na bieżąco do zamówień, pilnują preferowanego stopnia wysmażenia z dobrym skutkiem. Wersja klasyczna, włoska, halembska i red habanero bardzo mi przypasowały. Z napojów da się wybrać kilka wersji kraftowych piw, bezalkoholowe nawadniacze frotzkolę i lemoniadę. Mają mały parking, ale motocykl powinien się zmieścić. Czas oczekiwania nie był tam nigdy problemem https://goo.gl/maps/1iMTKiPLndVKrDko8 Po winklach na Straconce warto odpocząć w karczmie Straconka. Nie jest to najtańsza miejscówka, ale niewielki posiłek z dobrą kawą na koniec nie zrujnuje budżetu. Wadą jest spore obłożenie w weekendy. Jakościowo mniejsze i tańsze dania są tam paradoksalnie lepsze od tych wyszukanych. https://goo.gl/maps/cCPWMHWTAbrzopU98 Przy kilku ciekawych winklach niedaleko ogrodu botanicznego i kościoła dobrym wyborem jest Kuś w Mikołowie Mokrym. To raczej propozycja bardziej obiadowa. Jest bardzo dobrze w zakresie kulinariów. Niestety, w całej okolicy obłożenie weekendowe jest masakryczne. Lepsze lokale oznaczają nierzadko półtoragodzinne oczekiwanie. https://goo.gl/maps/ZaxpZ4y7sH7zQoTm7 Przy przelocie przez Tychy polecam żeberka w Rock&Rondel. Mają taki trochę amerykański klimacik jest znacznie lepiej (moim zdaniem) niż w Jeff's. Tutaj jest niestety problem z parkowaniem https://goo.gl/maps/zozrrHjw7tv2zXdC8 Kiedyś było w Katowicach bistro na ul. 1 Maja z klimatem motocyklowym, niestety już zamknięte.
    1 point
  8. A ja myślałem ze chodzi Ci o smaczne jedzonko. Ja nie jestem stałym bywalcem lokali,wiec mnie tam raczej nie spotkasz. No wiec można zjeść dobrego wołowego steka, krwistego (dobry kucharz musi być,bo jest perfekcyjnie zrobiony) przy drodze 78 to jest chyba w Nieborowice(kierunek Rybnik) gospoda nazywa się ,,WRAZIDLOK,,(po lewej stronie drogi) Bardzo ładny wystrój,tak trochę po góralsku,obsługa mila.
    1 point
  9. Miki, nie sądzę abyś zrzędził😉 Po prostu musi znaleźć się ktoś, kto lubi rozprawiać o jedzeniu, tworzyć odpowiednią otoczkę wokół posiłku, czy też miejsca gdzie jest serwowane, itp;itd... Ja tutaj nie mogę się wykazać. Jedzenie, to ostatnia rzecz, o której mogę rozmawiać. Po prostu jem, żeby zaspokoić funkcje życiowe, żebym nie zasłabł w trasie na motórze😁 Na krótkich wycieczkach zazwyczaj mam swój prowiant, a na dłuższych wyjazdach jadam na stacjach benzynowych, lub w przydrożnych lokalach, gdzie jest dużo ludzi, tam zazwyczaj jest dobre papu i często w uczciwych cenach, ale nie rejestruję w pamięci tych miejsc Ale kiedyś zostałem zabrany do Lublińca na pyszną rybkę(są też inne smakołyki), którą odławia się na miejscu i serwuje spragnionym rybożercom😁 Sie ten tego, to nazywa "Łowisko Leśnica". Mnie smakowało i miejsce dosyć takie kameralne. Można zjeść dobry posiłek nad wodą, a jak trafi się w dobry okres, to i spokojnie tam jest, nie ma tłumów. https://g.co/kgs/uGJPYA
    1 point
  10. Mi się przypominają Piekielne Doły w Czechach. Może nie każdy zna to miejsce ale nie tylko można tam wejść w ciuchach motocyklowych lecz także wjechać na motocyklu. Nie wiem czy w czasie świrusa jest to otwarte ale mi osobiście jakoś to miejsce zapadło w pamięci.
    1 point
  11. Nikt tutaj o tym nie wspomniał.... Z racji tego, że odszedł znakomity gitarzysta, zapalony motocyklista. Prawdziwy patriota, który wierzył w Boga. Twardziel, który zawsze mówił to co myślał, miał otwarty umysł i gołębie serce. Przede wszystkim dobry człowiek..... Odgrzewam teraz wszystko z ich repertuaru, pozapominałem niektóre tytuły. Dawno już ich nie słuchałem, ale ten kawałek zawsze rył mi banię na maksa....
    1 point
  12. Jest szansa, że inni pójdą w ślady yamahy, ale pewne rzeczy już nie wrócą..... Raz że przepisy normalizacyjne, a dwa że jednak jest jeszcze spore grono potencjalnych klientów, które rajcuje się tymi wszystkimi gadżetami. Dwa, zauważ, że pewne trendy już się "przejadają". Wyścig zbrojeń w klasie dużych, turystycznych enduro osiągnął constans. Nowych galaktyk już się tam nie odkryje, dlatego np. podoba mi się, że MotoGuzzi np. próbuje zaistnieć w tym segmencie, ale promując taki retro klimat z modelem V85TT, który bardzo mi się podoba. Jednak wydaje mi się, że jednak klasa średnia w segmencie ADV jest teraz na topie i myśle, że to słuszny kierunek i będzie on się rozwijał.... A co do miejsc hmmm. Mnie tam się wszystko podobało. Akurat nie byłem w alpach francuskich, ale Gavia odcisnęła w mojej głowie jakieś piętno, zostawiła znamię Może dlatego, że byliśmy tam już niemal wieczorem i nie było tam nikogo.....nie wiem....
    1 point
  13. Sezon zimowy jest doskonałą okazją do podsumowań i wakacyjnych wspomnień. Korzystając z chwili czasu pokusiłem się o porównanie dwóch motocykli, którymi jeździłem na przestrzeni ostatnich lat. Są nimi Honda Africa Twin oraz Yamaha Tenere 700. Moje bardzo subiektywne odczucia powstały na wyjazdach w Alpy i Pireneje (poniżej linki do relacji). Przy zestawieniu nie wchodzę głęboko w specyfikację techniczną, lecz skupiam się głównie na przydatności sprzętów do turystyki. Mam nadzieję, że pomogę dokonać wyboru osobom rozważającym zakup takich maszyn. Alpy-Pireneje 2020 (Africa Twin) Alpy 2021 (Yamaha Tenere): Omawiam dwa konkretne egzemplarze: Honda Africa Twin w wersji Adventure Sports DCT z roku 2019, przejechane 48 000 km. oraz Yamaha Tenere 700 z roku 2021, jak dotąd 24 000 km. WYGLĄD: równowaga. Oba motocykle prezentują się dobrze, wg. mnie nie ma w nich jakiś szczególnie rażących elementów. Afryka posiada niezły przód, masywny ale nie klocowaty. Robotę robi zwłaszcza malowanie. Smukła Teresa idzie wyraźnie w stronę dakarówy. Czy wygląd ma jakieś znaczenie w turystyce? Trochę tak. Po pierwsze dlatego, że po powrocie oglądasz zdjęcia z wyjazdu, na których uwieczniłeś własny jednoślad. Po drugie, motocykl może przyciągać ciekawskich. Zdecydowanie większe zainteresowanie budziła Honda, stwarzając jednocześnie świetną okazję do rozmów będących miłym elementem wyprawy motocyklowej. Jeśli chcesz mieć więcej przygodnych kolegów - kup Afryke w malowaniu HRC koniecznie ze złotymi felgami w komplecie. Yamaha jest dyskretniejsza, łatwiej pozostać niezauważonym, co też można poczytywać jako zaletę. POZYCJA NA MOTOCYKLU: wygrana Yamahy. To wyjątkowo subiektywne kryterium, lecz uważam, że w Yamasze łatwiej o dobry dosiad. Moto dobrze trzyma się kolanami. Zarówno siedząc jak i podczas jazdy na stojąco. Honda w wersji ATAS jest szeroka w miejscu podnóżków. Ma to swoje konsekwencje. Otrzymujemy bardziej wygodny motocykl ale gorzej trzymamy go kolanami. Zastanawiam się czy to celowy zamysł konstruktorów, czy tak im po prostu wyszło ze względu na rozmiary silnika. Gdy jedziemy stojąc w Afryce przeszkadza konstrukcja baku. Trochę pomagają naklejki antypoślizgowe. Zarówno Yamaha jak i Honda mają niski kąt ugięcia kolan, co ułatwia podróże na większych odległościach. Dla moich 174 cm. oba sprzęty są bardzo wysokie. Żeby z nich bezpiecznie korzystać trzeba zmienić nawyki oraz poświęcić nieco czasu na trening. O takich rzeczach jak pełne podparcie obiema stopami czy ratowanie przed paciakiem przy pomocy szarpania za kierę można od razu zapomnieć. Jeśli Afra lub Teresa mają być pierwszym dużym sprzętem warto opanować manewry poniżej progu równowagi, inaczej motocykl będzie męczył użytkownika. Dobry kurs potrafi zdziałać cuda. WYGODA: przewaga Hondy. Na Afryce można dłużej wytrzymać, co zawdzięczamy bardziej miękkiej kanapie. Pozycja siedząc również wygodniejsza – patrz punkt wyżej. Siodło Tenery nie jest w praktyce tak straszne jak wygląda. Trochę przyzwyczajenia i 300 km jest do zniesienia. Poza tym nie ma drastycznych różnic. Na długich przelotach pomaga stawanie na podnóżkach. Ochrona przed wiatrem wystarcza dla niskich i średnich osób. Fabryczne szyby są ok. Nie wadziły mi specjalnie w jeździe terenowej. ZASIĘG: lepsza Honda. Podczas wyjazdów na Afryce z reguły wystarczała mi jedna wizyta na stacji dziennie. Tankuj – zapomnij. Teresą trzeba się bardziej pilnować. Wskazania poziomu paliwa za pomocą kresek na wyświetlaczach są średnio dokładne i nie można na nich całkowicie polegać. W Hondzie ułatwieniem jest informacja o ubywającym zasięgu w kilometrach, natomiast Yamaha podaje ilość kilometrów przejechanych na rezerwie. PRZEWOŻENIE BAGAŻU: niewielka przewaga Hondy. Tu nie ma jednej odpowiedzi. Istnieje masa rozwiązań w zależności od potrzeb użytkownika. Fajnie, że są przewidziane otwory, od których można dokręcać różne stelaże. Z moich konkretnych egzemplarzy Honda wypada nieco lepiej, bo miała tylny bagażnik seryjnie i nieco większy udźwig. SPALANIE: Nie wiem. Nie mierzę, po prostu jadę, a jak brakuje to dolewam. SILNIK: remis ze wskazaniem na Hondę. Pomimo różnicy pojemności wrażenia są podobne. W obu motocyklach mocy jest zupełnie wystarczająco, pod warunkiem, że szukamy czegoś do turystyki. Może brak w nich spektakularnego efektu WOW! ale mnie żaden ze sprzętów nigdy nie znudził. Honda oraz Yamaha najlepiej czują się w średnim zakresie obrotów. Do wyprzedzania lepiej zredukować i kręcić trochę wyżej. Jedyną rzeczą, która przeszkadzała w Teresie to szarpanie po dodaniu gazu na niskich obrotach (występujące gównie przy bardziej dynamicznej jeździe). Winowajcą okazały się elektroniczne kagańce założone zgodnie z normą Euro 5. Afra była mniej przyjazna dla środowiska i reagowała płynniej na dodanie gazu. ZAWIESZENIE: nieco lepsza Honda Honda wraz z Yamahą mają miękkie zawieszenia. Nie odczułem specjalnej różnicy. W turystyce solo nie ma problemu ale jeśli chcemy dynamiczniej pojechać na asfalcie, to z czasem będziemy narzekać na zbytnie nurkowanie przodu. Afra ma lekką przewagę w postaci dodatkowej regulacji napięcia wstępnego sprężyny. SKRZYNIA BIEGÓW: pomimo różnic konstrukcyjnych równowaga. W Teresie skrzynia jest dobra, odpowiednio zestopniowana, biegi wchodzą łatwo. Nie ma kłopotów z wyszukaniem luzu. Do turystyki zakup quickshiftera mija się z celem. Szkoda kasy. DCT można kochać albo nienawidzić. Jeździłem cały czas na trybie sport II. Zdarzało się co prawda, że niepotrzebnie zmieniał biegi w górę (np. na rondzie) ale działo się to stosunkowo rzadko. Skrzynia na pewno wymaga przyzwyczajenia. Warto „skasować jej pamięć” powstałą w okresie docierania moto, z czego korzystają liczni hondziarze. Na przełęczach bądź serpentynach przechodziłem od razu na manual sterowany przyciskami. Wtedy zabawa biegami przednia. DCT bardzo pomaga przy wolnych manewrach, ponieważ motocykl nie zgaśnie. W terenie również ujawniało pewne zalety (wrzucanie biegów bez zmiany nacisku na lewy podnóżek). Aby nie narobić sobie biedy konieczna jest dobra kontrola manetki gazu. Jeśli bowiem kierownik poleci do tyłu odkręcając odruchowo przepustnice nie uratuje się sprzęgłem. HAMULCE: wygrana Hondy. Yamahę wyposażono w typowo terenowe heble. Są dość miękkie. ABS na pewno nie należy do szczytów inżynierii. Parę razy nie zadziałał. Chcąc nie chcąc zrobiłem sobie efektowne stoppie (bez strat w ludziach i sprzęcie). Jeśli ktoś bawi się w Gymkhanę niniejszym informuję, iż fabryczne tylne klocki są jak z papieru. Bardzo trudno przegrzać tylną tarczę, prędzej skończy się klocek. Wielką zaletą Tenerki jest możliwość wyłączenia ABS na obu osiach do czego służy jeden przycisk. Klik i już. Nie trzeba godzinami błądzić po menu. W Hondzie hamulce są generalnie lepsze. Sprawiają wrażenie mocniejszych oraz lepiej dozowalnych. Skutecznie radzą sobie z masą motocykla. Moja Afra (rocznik 2019) miała jeszcze tą fajną dezaktywacje ABS za pomocą jednego przycisku. OŚWIETLENIE: Niewielka przewaga Hondy. Oba motocykle zaopatrzono w lampy ledowe. Jak dla mnie świecą wyśmienicie i nie potrafię jednoznacznie podpowiedzieć, która lepsza. Jadąc nocą na Teresie mamy ciekawe wrażenie delikatnego podświetlenia szyby. Za to w Afryce dostajemy ledowe kierunkowskazy świecące non stop, co wydatnie poprawia widoczność motocykla. Z daleka widać, że zbliża się Honda. W razie hamowania awaryjnego kierunki migają. Przydatny dodatek, który odstajemy bez względu na wersję. DŹWIĘK: równowaga. Dźwięk Hondy przypomina V-kę. Słychać wyraźne „dudnienie”, które nie jest przesadne i nie męczy użytkownika podczas dłuższych wyjazdów. Yamaha jest cicha. Mi to odpowiada, ponieważ nie zwraca uwagi otoczenia. Odgłosy tłumika są zwyczajne, powiedzmy takie „metaliczne” ale na szczęście nie drażnią ucha. WYPOSAŻENIE: bogaciej w Hondzie. Honda bardziej rozpieszcza. Głównie w obszarze elektroniki. Mamy do dyspozycji kilka stopni kontroli trakcji, siły hamowani silnikiem, oddawania mocy oraz różne tryby DCT. Poza tym dorzucili podgrzewane manetki (za pomocą wkładu w kierownicy). Niezłe rozwiązanie, bo nie pogrubia manetek ale w praktyce nagrzewało się dość wolno. Yamaha nadrabia kilkoma offroadowymi dodatkami. Małe, a cieszy. Amatorzy terenu docenią uchylne dźwignie hamulca i zmiany biegów wykonane ze stali oraz regulację wysokości przedniego błotnika. W Hondzie nie ma takich prezentów i trzeba je instalować samemu. JAZDA Z MAŁYMI PRĘDKOŚCIAMI (przy prędkości poniżej progu równowagi)wygrana Hondy. Afryką manewruje się wspaniale. Motocykl ma bardzo niewielki promień skrętu. Bezproblemowo „dochodzeni do ogranicznika”, co ułatwia wszelkiego rodzaju u-turny itp. Honda ma też bardziej scentralizowaną masę, dlatego wolna jazda (np. w korku) jest zdecydowanie łatwiejsza niż w przypadku Tenerki. Aby zawrócić Yamaha potrzebuje więcej miejsca i siły do wykonania manewru. Pomimo gabarytów (1595 mm rozstawu osi oraz koła 21 i 18 cali) Teresa to całkiem zwrotny motocykl, oczywiście jak na klasę ADV. JAZDA DYNAMICZNA: przewaga Yamahy. Yamaha dobrze „chodzi za ręką”. W porównaniu do Hondy Teresa jest bardziej responsywna. Zmiany kierunku jazdy inicjowane przeciwskrętem następują wyraźnie szybciej. Być może wynika to z mniejszej masy. Sterowanie Afryką wydaje się bardziej „gumowate”, co nie znaczy, że złe. JAZDA AUTOSTRADĄ: wygrywa Honda. Cięższa Honda lepiej znosi podmuchy wiatru. Czuć większą stabilność niż na Tenerce. Yamaha nie zachęca do gnania po autostradzie, chociaż rzekomego wężykowania nie doświadczyłem nigdy przy żadnej prędkości. JAZDA Z PASAŻEREM: chyba Honda. Wystarczy rzut oka na kanapy i werdykt gotowy. Z pasażerem lepiej na Hondzie ale nigdy nie sprawdzałem z powodu braku ochotników. W obydwu motocyklach zdemontowałem nawet podnóżki pasażera aby się o to ustrojstwo nie obijać. JAZDA W TERENIE: Yamaha górą. W offroadzie lepiej czuje się na Tetesie. Mam wrażenie, że ten motocykl niejako dodaje kierownikowi pewności siebie, rzeczy bardzo pożądanej poza asfaltem. Świadomość niskiej masy i umiarkowanej ceny wybitnie zachęca do prób eksploracji nieutwardzonych dróg. Moto ładnie idzie w piachu. Sprawdza się ogromny rozstaw osi, wystarczy odpowiednio trzymać gaz i to z reguły wystarcza. Afra broni się wyważeniem, skrętem oraz DCT, które bardzo ułatwiają manewrowanie z małymi prędkościami. Dla mnie osobiście motocykl był nieco za szeroki, a pozycje psuło wyprofilowanie baku. Konstrukcja sprzętów nie ułatwia ich podnoszenia w razie wywrotki. Afra jest ciężka, natomiast Teresa leży na płasko jak kartka papieru. AWARYJNOŚĆ: powiedzmy remis. Motocykle użytkowałem za krótko aby wydawać miarodajne oceny. Afryka została 3 razy unieruchomiona z powodu przebicia dętki. To wnerwia. Jeśli ktoś lubi wozić ze sobą niezbędne narzędzia i babrać się z tym majdanem – ok. Na wycieczce gumę można traktować jako dodatkową atrakcję. Dla mnie w turystycznym ADV dętka nie ma żadnych zalet, koniec kropka. Poza tym nic się nie działo. Raz tylko zniszczyłem sobie akumulator litowo-jonowy traktując go zwykłą ładowarką. Teresa odmówiła współpracy tylko raz ze względu na popękane szprychy. Fabryczny montaż jest tragiczny. Zbyt szybko zużyły się też sprężyny w koszu sprzęgła ale to po części wina mojego zainteresowania Gymkhaną, nie mającego nic wspólnego z turystyką. KOSZTA: wygrana Yamahy. Co tu dużo pisać aby posiąść Hondę w wersji ATAS DCT trzeba wydać dużo więcej pieniędzy. Jeśli dołożymy do tego ubezpieczenie AC różnica rośnie. Części zamienne oraz serwis Afryki też wypadają drożej. NAJWIĘKSZE ZALETY HONDY: + Uniwersalność. + Wygoda w jeździe na siedząco. + Fenomenalna zwrotność (jak na ADV). + DCT (jeśli ktoś to lubi). NAJWIĘKSZE WADY AFRYKI: - Jazda na stojąco utrudniona przez szerokość motocykla i kształt baku (dotyczy wersji ATAS). - Duża masa (fizyki nie da się oszukać). - Dętkowe koła (dobrze, że kolega Dziad Borowy przerobił na bezdętki w obydwóch moich motocyklach). - Cena to raczej górna półka. DROBNE MANKAMENTY HONDY (rzeczy łatwe do wymiany lub zaakceptowania): - Aluminiowa dźwignia hamulca tylnego (w razie niefortunnej przewrotki w terenie można do razu zamawiać nową). - Za małe podnóżki kierowcy. - Fabryczne gmole (wątpliwa dekoracja, iluzoryczna ochrona). - Bardzo słabe zabezpieczenie antykorozyjne. - Brak dokręcanej ramy pomocniczej. NAJWIĘKSZE ZALETY YAMAHY: + Niska masa (zrobienie pełnowymiarowego ADV ważącego 204 kg. to spore osiągnięcie). + Uniwersalność. + Dobra dzielność terenowa (jak na swoją klasę). + Prostota. + Stosunkowo niska cena. NAJWIĘKSZE WADY TERESY: - Wysoki środek ciężkości. Przy wolnych manewrach jeśli w porę nie zadziałamy balansem moto leci nieubłaganie do ziemi. - Dętkowe koła oraz niechlujny montaż szprych (popękały i konieczne było zaplatanie koła na nowo). - Nieprzemyślane mocowanie tłumika. Wystarczy niewinny paciak na piachu a tłumik zaraz trze o wahacz. DROBNE MANKAMENTY YAMAHY (rzeczy łatwe do wymiany lub zaakceptowania): - Wyprofilowanie kierownicy (z początku bolą nadgarstki, przywyknij albo kup inną). - Brak dokręcanej ramy pomocniczej (tak jak w Afryce). - Archaiczny korek wlewu paliwa zabierający miejsce na tankbaka.
    1 point
  14. 1 point
  15. Dzień dwunasty 21.08.2021 Ostatni dzień wyjazdu to taki trochę relaks połączony z podsumowaniami. Drogami gorszej kategorii niespiesznie podążam na Morawy. W połowie dnia zatrzymuję się pod zamkiem Namest nad Oslavou. Byłem tam już kilkakrotnie, niestety za każdym razem witały mnie zamknięte drzwi. Albo robili remont, albo świętowali albo ja byłem za późno. Dzisiaj mam szczęście. Czeski trochę kojarzę, więc nie było problemów ze zrozumieniem przewodniczki. W zamku pozostało sporo wyposażenia z XIX i XX wieku, ponieważ służył on jako rezydencja prezydenta Czechosłowacji. Zamek Namest nad Oslavou, tym razem był otwarty Niech to będzie przestroga dla tych, którzy jeżdżą bez kasku W niedalekiej restauracji jem szybki obiad i jadę w stronę Ostrawy. Po polskiej stronie nie czeka na mnie żaden komitet powitalny w postaci straży granicznej czy kontroli sanitarnej. Nawet niespecjalnie zwalniam. Do domu przyjeżdżam po około dwóch godzinach. Moja udana wycieczka dobiega szczęśliwie końca. Z wyjątkiem pierwszego dnia nie miałem żadnych złych przygód. Ustrzegłem się wywrotek. Pomimo braku zabezpieczenia bagażu nikt go nie przygarnął. Jak do dzisiaj nie przysłali żadnego mandatu, nie złapałem też gumy, co zawdzięczam chyba koledze Dziadowi Borowemu, który przerobił koła na bezdętki. Cele osiągnięte. Empirycznie stwierdzam, że francuska część Alp z pewnością zadowoli motocyklistów żądnych dróg obfitujących w ciasne zakręty. Jako historyk skupiłem się dodatkowo na zwiedzaniu najciekawszych zamków. W odróżnieniu od wcześniejszych eskapad rezerwowałem noclegi przez booking na bieżąco w trakcie podróży, co generalnie zdało egzamin. Pewnym mankamentem były dość wysokie ceny ale to po części wina okresu urlopowego. Jakoś nigdy nie udało mi się zorganizować wyjazdu w czerwcu, dlatego tradycyjnie przepłacam. Z perspektywy czasu oceniam, że wycieczka miała trochę za duże tempo. Optymalnie powinienem przejeżdżać dziennie do 300 km, tak jak zeszłego roku na Afryce Twin. Tym razem wyszło niemal 400 km i na koniec dnia zdradzałem objawy „wytłuczenia”. Winą za taki stan rzeczy obarczam po części zbyt sportowe nastawy zawieszenia. Do jazdy turystycznej trzeba było skręcić bardziej miękko. Kończąc, pora odpowiedzieć na pytanie ze wstępu. Tak, w moim przekonaniu Yamaha Tenere 700 całkowicie spełnia warunki stawiane motocyklom wyprawowym. Przede wszystkim sprzęt nie męczy nadmiernie po dwóch tygodniach ciągłej jazdy. Zasięg Tenerki oceniam jako wystarczający, ochronę przed czynnikami atmosferycznymi również. Silnik wespół z podwoziem pozwalają czerpać masę radości z jazdy po przełęczach, a jak komuś obrzydł asfalt można bez obaw zboczyć w lekki offroad. Oczywiście moto nie rozpieszcza użytkownika tysiącami mniej lub bardziej przydatnych gadżetów turystycznych. W zamian oferuje prostotę oraz niską masę, które dostajemy za umiarkowaną cenę. Pozdrawiam wszystkich motocyklistów, no i do zobaczenia na trasie
    1 point
  16. Dzięki za info, widzę że ceny podobnie jak we Włoszech. W dalszej przyszłości też mi chodzi po głowie Francja i Hiszpania ale w tej chwili mam inny azymut w głowie. Fajny zrobiłeś opis, powiało świeżością. W ostatnim czasie tylko jedni i ci sami coś piszą . Szerokości w nadchodzącym sezonie no i liczymy na kolejne relacje 😄
    1 point
  17. Dzięki 🙂 Noclegi były największym pożeraczem moich Euro, które w 2020 stało trochę niżej niż teraz. Ceny we Francji okazały się bardzo zróżnicowane. Kolejno: Briancon (duży hotel koło centrum) 56 E, Mały hotel koło przełęczy Galiblier 80 E, Kurort Mentona nad Morzem Śródziemnym 85 E, Sieciówka budget (tylko z nazwy) na zachód od kanionu Verdon 110 E, Rodzinny przydomowy hotelik w Puivert w Pirenejach 50 E (bez żadnych papierów) , Hotel we francuskiej części Pirenejów w byłym gospodarstwie rolnym 20 E, Zwykły średniej wielkości hotel w regionie Perigord 65 E, Sieciówka w Aurilac w masywie Centralnym 68 E. Francja wyszła średnio 67 Euro. Nigdzie nie wykupywałem śniadań, bo na rogaliki szkoda kasy. Dla dla motocykli parkingi były zawsze za free. W Hiszpanii miałem jeden Hotel w Les (miejscowość turystyczna, baza wypadowa dla narciarzy itp.). Wziąłem tam dwa noclegi za 60 E każdy. Hotele znajdywałem na bieżąco z trasy. Zatrzymywałem się i pytałem czy mają wolny pokój. Nic wcześniej nie rezerwowałem, ani nie sprawdzałem. Pełen spontan, dlatego kilka razy przepłaciłem. W sierpniu jest chyba najdrożej. Było też duże obłożenie hoteli (zwłaszcza w Alpach), zapewne dlatego, że Francuzi zostali wówczas w kraju.
    1 point
  18. Solidny wypad. Pozdrawiam i udanego sezonu 2022 życzę👍
    1 point
  19. Dzień siedemnasty 13.08.2020 Ostatni dzień wycieczki to pełen relax. Nigdzie nie muszę się spieszyć, łóżko jest, zupa się grzeje, piwo chłodzi. W ramach dłuższej przerwy postanawiam odwiedzić jeszcze muzeum tkactwa w Kamiennej Górze. Następnie obieram kurs na wschód by w okolicach Gliwic wskoczyć na A4. Pod wieczór jestem szczęśliwie w domu. Zabytkowe krosno i kołowrotki w muzeum Tkactwa w Kamiennej Górze Wyprawa udała się znakomicie. Afryka wypadła bardzo dobrze w roli motocykla turystycznego. Jest wygodna i ma daleki zasięg, jednocześnie nadaje się w pełni do jazdy po przełęczach. Nie miałem z nią najmniejszych problemów technicznych. Szkolenia z techniki jazdy pomogły znacząco. Jechałem pewniej i więcej uwagi mogłem poświecić na podziwianie okolicy. Pomimo gabarytów motocykl mnie nie umęczył jak rok wcześniej na podobnym wyjeździe. Ustrzegłem się również kradzieży oraz wypadków. Jedyna rzecz, którą bym zmienił to termin wyjazdu, ponieważ w sierpniu jest zdecydowanie za tłoczno, a ceny wysokie. Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić. Swego rodzaju nowością były Pireneje. Jak dla mnie są wyjątkowo ciekawe i można je odkrywać na wiele sposobów. Z pewnością jeszcze tam wrócę. Pozdrawiam i do zobaczenia na trasie
    1 point
  20. Dzień ósmy. 4.08.2020 Do Pirenejów został mi całkiem długi szmat drogi wobec czego są dwie możliwości. Albo autostrada i będę szybciej albo lokalne drogi, wolniej ale za to ciekawiej. Wybieram opcje nr 2. Prowansja, a później Langwedocja są dla mnie tego dnia łaskawe, nawet lokalna atrakcja - wiatr Mistral nie dokuczał zanadto. Przyglądam się jak funkcjonuje francuskie rolnictwo na prowincji, od czasu do czasu robię krótkie przystanki na malowniczą fotkę w winnicy lub gaju oliwnym. Oczywiście są też bardziej prozaiczne postoje na tankowanie połączone z jednoczesną wizytą w Auchan. Ponieważ nie chce aby dzień przeszedł do historii wyłącznie pod znakiem samej jazdy postanawiam zawinąć do Carcassone. Co prawda byłem tam już parę ładnych lat temu ale skoro miasto leży po drodze, to czemu nie. Kto lubi historię polecam szczerze. Po zrobieniu spaceru wokół murów siadam z powrotem na Afrykę i w drogę. Drogi na w Langwedocji kuszą aby przycisnąć Przerwa na fotkę w winnicy Mury miejskie w Carcassonne Przed zamkiem w Carcassonne Istotnym punktem na mapie tegorocznego wyjazdu jest zamek Puivert znany z filmu „Dziewiąte Wrota” opowiadającego o niebezpiecznych konszachtach z diabłem. Jako, że obiekt leży w znacznej odległości postanawiam nieco pocisnąć, bo mogą mi zamknąć wejście przed nosem. Na miejscu okazuje się, że pędziłem niepotrzebnie, albowiem można tam śmiało zwiedzać aż do dwudziestej . Cieszy mnie fakt, że w porównaniu do tłumów z Carcassonne nie na tu prawie zwiedzających. Samo zamczysko jest zachowane w formie trwałej ruiny. Jedynie w wieży mieszkalno-obronnej znajduje się parę niewielkich wystaw z eksponatami. W porównaniu do takich np. zamków czeskich – bieda. Obiekt wraz otoczeniem, na które składają się kolorowe pola, a także wznoszące się na nimi zalesione góry posiada specyficzny klimat. Jest tu tak spokojnie, człowiek nabiera ochoty posiedzieć trochę, odpocząć. Zamek Puivert, tu rozgrywała się akcja filmu "Dziewiąte Wrota" Dziedziniec zamkowy Fragment filmu "Dziewiąte Wrota" w reż. R. Polańskiego W okolicy zamku dominują łagodne wzgórza, oprócz tego jest tam masa świetnych dróg motocyklowych Nocleg sam się napatoczył. Po krótkiej wymianie zdań łamanym francuskim dowiedziałem się, że całkiem nieźle mówię w tym języku, chociaż znam zaledwie kilkanaście słów, zupełnie wystarczająco do dobicia targu za rozsądną cenę. Miła Pani informuje mnie o najbliższych lokalach gastronomicznych, z których jeden serwuje burgery, a drugi specjały kuchni afgańskiej. W restauracji o nazwie Le Pamir dostałem pierogi bardzo podobne do tych znad Wisły. Posilony wybieram się na krótki rekonesans zanim zajdzie słońce. Puivert, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza 500 osób spełnia wszystkie znamiona głębokiej prowincji. Jednym słowem - ewidentnie Francja C lub nawet D. Mi to zupełnie nie wadzi, ponieważ jestem tu właśnie dla takich scenerii. Oprócz mnie nikogo nie ma na ulicach. Ukradkiem zerkam Francuzom do okien ale nic szczególnego u nich nie słychać. Siedzą przed kompem albo oglądają TV, ew. coś tam gotują. Miejscowość ma niewątpliwe uroki turystyczne. Robotę robi położenie nad rzeką oraz zabytkowy most, na którym znajdują się toalety, czynne jeszcze w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Gdzieniegdzie widać traktor lub inny złom wrośnięty w ziemie, jest też obowiązkowo pomnik poświęcony żołnierzom poległym podczas I wojny światowej. Puivert przykład głębokiej i zarazem urokliwej francuskiej prowincji W centrum obowiązkowo pomnik poległych podczas I wojny światowej Na kolacje pierogi afgańskie W nocy nachodzi myśl żeby udać się z powrotem do zamku aby porobić nocne zdjęcia ale piwo zrobiło swoje i zmorzył mnie sen. Mam jednak pretekst aby kiedyś wrócić w te urokliwe okolice.
    1 point
  21. Dzień siódmy. 3.08.2020 Odcinek Mentona-Monako pokonuje w kolumnie aut z szybkością przewidzianą przez francuski kodeks drogowy. Od czasu do czasu wyłaniają się widoczki na morze. Po przekroczeniu wirtualnej granicy kieruję się możliwie blisko historycznego centrum. Znalezienie choćby kawałka wolnego miejsca na zaparkowanie roweru jest w Monako problematyczne, a co dopiero upchać tam Afrykę z bagażami. Z pomocą miłego lokalsa dokonuje niemożliwego. Zadowolony idę do pałacu książęcego, niestety ze względu na covid jest on zamknięty. Trzeba będzie kiedyś podskoczyć tu jeszcze raz myślę na odchodnym. Monako Wszechobecne korki Przed pałacem książęcym Uliczki tzw. starego Monako Jak to w życiu, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Celem zastępczym staje się książęca kolekcja samochodów. Tu w zasadzie każdy miłośnik motoryzacji znajdzie coś dla siebie. Jest stare w towarzystwie nowego. Wewnątrz podziwiam bolidy F1 oraz rajdówki Colina McRea i Sebastiena Loeba. Nie mniej interesujące są zabytki sięgające początków ery silnika spalinowego. Można np. przyjrzeć się z bliska pojazdom z przełomu XIX -XX w., czy zobaczyć ślepe zaułki rozwoju motoryzacji w postaci samochodu napędzanego śmigłem lotniczym. Kolekcja samochodów i motocykli księcia Monako Tyle zostało z Ferrari Różne ciekawe egzemplarze Samochód na śmigło - ślepy zaułek w rozwoju motoryzacji Robię krótki spacer do katedry, w której znajdują się płyty nagrobne członków rodziny panującej Grimaldi. Moją uwagę przykuwa konfesjonał, gdzie zgodnie z informacją można wyspowiadać się aż w czterech językach. Co z tego, skoro jakoś nie widać w pobliżu żadnego skruszonego grzesznika? Katedra w Monako Możliwość spowiedzi w czterech językach, kolejki brak Podróż z Monako do Caen to w zasadzie ciągłe toczenie się przez miasto i pilnowanie aby dobrze skręcić na najbliższym skrzyżowaniu. Trudno, innej drogi w zasadzie nie ma, więc chcąc nie chcąc wlokę się niespiesznie. Sytuacja zmienia ulega poprawie po wyjeździe z Cean, gdyż odbijam na północ i po upływie krótkiego czasu atakuję zwycięsko Col de la Faye. To ja rozumiem, wreszcie zakręty, ruchu jak na lekarstwo i w bliskiej perspektywie Canyon Verdon pojawiający się cyklicznie w czołówce najlepszych tras motocyklowych świata. Pomimo tego motocyklistów jakoś niewielu. Przeważają turyści francuscy. Są to w większości grupy rodzinne, ew. koleżeńskie wyjazdy na wakacje. Sama trasa nie przypomina przełęczy. Nie ma tam jednej drogi prowadzącej wyraźnie w górę, a potem w dół. Kanion można objechać z obu stron. W wielu odcinkach stosunkowo wąska jezdnia naprzemiennie zbliża się do urwiska, po czym znowu odbija w bok. Widoczki oraz otaczająca przyroda dają mi wyraźnie do zrozumienia, że jestem już daleko od domu. Są tam wyraźnie inne klimaty. Czuć gorąco, wszędzie karłowate drzewka, taka powiedzmy „roślinność śródziemnomorska”, skały o kształtach i rozmiarach jakich w Polsce nie uświadczysz. Okolice kanionu Verdon W oddali droga wiodąca nad kanionem Verdon Postanawiam poszukać miejsca do wykonania fotki z dalszej perspektywy. Wdrapuje się przy tej okazji na ruiny zameczku Rougon skąd widać malowniczą część kanionu. Po drodze staję jeszcze na parkingu przy rzece. Tam z kolei dominują miłośnicy wszelkiej maści spływów. W malowniczych ruinach zamku Rougon Kanion Verdon Opuszczam rejon Verdon i w promieniach zachodzącego słońca poszukuję noclegu. Idzie słabo, bo wszędzie mają komplet i zmuszony jestem odjechać w rejony mniej turystyczne, co nie znaczy tańsze. Tradycyjnie przepłacam za nocleg.
    1 point
  22. Ekstra wypad, czekam na kontynuację
    1 point
  23. Dzień szósty 2.08.2020 Rano postanawiam - dzisiaj będzie wyłącznie jazda. Pomimo sporego ruchu sunie się przyjemnie. Z moich obserwacji wynika, że najpierw na szlak wyruszają trenujący kolarze. Jadą oczywiście bez bagażu by po solidnym treningu powrócić do hotelu. Po cyklistach wyrusza cała reszta złożona z motocyklistów oraz samochodów na zmianę z kamperami. W niektórych miejscach usadowili się fotoreporterzy uwieczniający podróżników na tle ośnieżonych szczytów. Po powrocie zamierzam zakupić takie zdjęcie ze swoim wizerunkiem. Zdobywanie kolejnych przełęczy przynosi mi naprawdę wiele radości. Z pogodą trafiłem idealnie, można jechać bez obaw. Nie przesadzam jednak zanadto mając w świadomości, że odległość dzieląca mnie od domu nieustannie wzrasta. Głupio by było się niepotrzebnie wyłożyć, tym bardziej, że jak dotąd nie widziałem na żywo żadnego motocyklisty w Alpach, który przegrał by w konfrontacji z prawami fizyki. Jadę najpierw przez Col do Galiber, następnie kieruję się na Col du Izoard. Po drodze mijam niewielkie miejscowości prawie całkowicie wyludnione. Dziwne uczucie. Zaniedbane, opuszczone domy, na sprzedaż lub do wynajęcia. Jak widać nie było tu szczególnych perspektyw. Robię jedną przerwę marketową, tankuje do pełna i mknę w kierunku Col de la Bonette. Moim skromnym zdaniem jest ona jedną z najciekawszych przełęczy. Zwłaszcza podjazd od strony Briancon powinien zadowolić nawet najbardziej wymagających bikerów. Na korzyść tego odcinka przemawiają liczne zakręty 180 stopni, które w połączeniu ze sporym nachyleniem drogi i dobrym asfaltem tworzą unikalną kombinację. Szkoda, że nie leży bliżej Polski. Na przełęczy Galiblier Postój na przełęczy Galiblier, trzeba uważać jak się parkuje Alpy Francuskie Pamiątkowa fotka z przełęczy Galoblier We tej części Francji wiele domów na prowincji jest opuszczonych Pirelli Scorpion Trail STR dobrze sobie radzą na przełęczach. Nie "zamykam opony", bo to w końcu lightowy wyjazd Jedna z najfajniejszych przełęczy Col de la Bonette Jeśli jest się w tym rejonie Francji to grzechem było by ominięcie Col de Turini. Na szczycie znajduje się słynny hotel-restauracja gdzie można podziwiać setki o ile nie tysiące zdjęć oraz innych pamiątek związanych z rajdem Monte Carlo. Wypijam tam kawę i wcinam małe ciastko, bo nic innego o tej porze nie uświadczysz. Przed odjazdem wizytuje jeszcze toalety by stwierdzić, iż czas zatrzymał się tam w epoce późnego Gierka. Z pewnością to miejsce ma specyficzny klimat. Zjazd w stronę morza stanowi doskonałą okazje do przetestowania umiejętności motocyklisty. Droga składa się niemal wyłącznie z ciasnych, często ślepych winki, urozmaiconych spadkami nachylenia. Uważam, że przydał by się jej nowy asfalt. Na Afryce dziury nie robią żadnego wrażenia ale już na takim sporcie mogło by solidnie wytrząść kierownika. Słynny hotel na przełęczy Col de Turini Wewnątrz pamiątki po rajdzie Monte Carlo Col de Turini ma masę takich ostrych zakrętów o dużych przewyższeniach Asfalt na Col de Turini jest kiepski ale na Afryce nie robi to wrażenia Dzień przełączy ma się ku końcowi i wypada znaleźć nocleg. Początkowo szukam przez nawigację ale jakoś słabo to idzie. Albo roboty, albo zakaz wjazdu, w końcu daję za wygraną i zdaje się na własny zmysł obserwacji by dosłownie paru chwilach odnaleźć hotel w bocznej uliczce. Wieczorem dnia udaję się jeszcze na spacer do centrum. Wiadomo trzeba spróbować śródziemnomorskiej kuchni, zamoczyć nogi w morzu, a także zaopatrzyć się w jakieś owoce plus wieczorne piwko.
    1 point
  24. Dzień czwarty 31.07.2020 Meersburg to historyczne miasteczko posiadające liczne pamiątki przeszłości, z których najbardziej interesuje mnie zamek. Wewnątrz odnajduje całkiem sporo wyposażenia łącznie ze studnią umieszczoną niebanalnie w jednym z pomieszczeń, lecz tym co szczególnie zwróciło moją uwagę okazały się XVII-to wieczne kawaleryjskie zbroje. Rozmyślam jak by się sprawdziły podczas jazdy na motocyklu. Wiadomo, mega ochrona, w końcu służyły do walki, minus za ciężar i wentylacje. Biorąc pod uwagę ozdobność niektórych egzemplarzy cena raczej nie należała do okazyjnych. Na parkingu spotykam Polaka motocyklistę mieszkającego w niedalekiej Szwajcarii. Pada kilka uprzejmych pytań nieodłącznych przy tego typu spotkaniach: kto?, skąd?, dokąd?, na czym?, na jak długo? Niby nic odkrywczego ale zawsze miło zagadnąć podczas samotnego wyjazdu. Jezioro Bodeńskie, roślinność tropikalna Zamek W Meersburgu Zbroje kawalerii Pałac arcybiskupów w Meersburgu, złote a skromne Po krótkim przeglądzie ewentualnych tras postanawiam uderzyć w stronę Francji. Wybieram ambitnie, mój nowy cel, jest oddalony o 330 km, wiec spróbuję przyspieszyć na tyle na ile się da. Idzie całkiem sprawnie, mijają kolejne odcinki równej drogi, choć upał daje znać o sobie. W końcu jest już tak gorąco, że zapinam wentylację w stroju motocyklowym aby nagrzane powietrze nie pogarszało sprawy. Zlany potem docieram wreszcie do starówki w Besancon i wyglądam parkingu. Bez większych trudności znajduję niewielki placyk, gdzie miły Francuz daje mi do zrozumienia, iż postój jest darmowy. Punkt dla mnie. Teraz trzeba tylko sprawnie zabezpieczyć Afrykę, przypiąć kurtkę wraz z kaskiem i można śmiało pędzić na szczyt wzgórza do twierdzy zanim zamkną. Na szczęście nie jest jeszcze za późno i mam jakieś 1,5 godziny. Powiedzieć, że twierdza jest ona ogromna, to nic nie powiedzieć. Oprócz samego założenia obronnego posiada ona kilka muzeów, salę kinową, gdzie zapoznaje się z historią obiektu, a nawet sporych rozmiarów zoo. Ukontentowany wrażeniami postanawiam kupić jakąś pamiątkę duperelkę, lecz przy tej transakcji, nie wiedzieć czemu, uszkodzeniu ulega moja karta płatnicza. Ani rusz, umarła. Dobrze, że zabrałem ze sobą gotówkę w odpowiedniej wysokości, bo byłby niepotrzebny problem. Twierdza w Besancon Twierdza w Besancon Dobrze, że był tam wiatrak, gorąc straszliwy W twierdzy znajduje się kościół przerobiony na salę kinową Twierdza w Besancon i rzeka Le Doubs Lekko wkurzony na zawodną elektronikę pytam on nocleg w pierwszym napotkanym hotelu. Tu o dziwo cena iście dumpingowa, myślę sobie: pewnie dostają jakieś dopłaty od państwa. Nie dociekając faktycznych przyczyn idę z powrotem na starówkę aby posilić się kolacją. Odkrywam, iż gastronomia skoncentrowana na jednej ulicy, gdzie po godzinie 20 nadciąga połowa miasta. Wszędzie komplet, wszyscy żądają rezerwacji. Po dłuższych poszukiwaniach konsumuje ostatecznie naleśnik z czymś tam i wracam do bazy na zasłużony odpoczynek. Przepierka kasku. Na wycieczce robiłem tylko raz, bo zajmuje za dużo czasu, poza tym nie dosycha Francuzi kochają małe pieski. Wożą je w wózkach dla dzieci, na rowerach oraz w kufrach motocyklowych
    1 point
  25. Dzień trzeci 30.07.2020 Plan na dzisiaj – dostać się w okolice jeziora Bodeńskiego. Na początek trzeba przekroczyć granice z Niemcami, co czynie przemierzając fajną krętą drogę prowadzącą przez rejon Czeskiego Lasu. Aby nie zmarnować całego dnia na autostrady lub drogi szybkiego ruchu postanawiam zwiedzić zamek Prunn znajdujący się kilkanaście km na zachód od Norymbergii. Nie jest to powszechnie znana atrakcja turystyczna, co lubię. Całkowicie pusty bezpłatny parking, w środku oprócz mnie jedynie dwóch czy trzech ciekawskich. Niezaprzeczalną zaletą obiektu jest fantastyczne położenie na skale w dolinie rzeki, a także średniowieczna architektura obronna, której nie zmieniano do czasów obecnych. Wewnątrz oglądam kilka ciekawych artefaktów ale nie w takiej ilości jak w Czechach. Obok dostrzegam małą restaurację gdzie postanawiam zjeść obiad. Tu nadarza się okazja do rozmowy z kelnerem, którego zaciekawił mój jednoślad. Pomimo tego, że gość jest szczelnie zasłonięty maseczką to nie wygląda mi na Niemca z dziada pradziada. Jak się później okazało pochodzi z Tajlandii i planuję odwiedzić swój kraj na motocyklu. Życzę mu powodzenia. 2 bary na tyle to trochę za mało, trzeba dobić Patent na przewożenie długich łyżek w Afryce Lokalna droga w Bawarii Zamek Prunn Zamek Prunn z drugiej strony Dalsza część dnia jest z konieczności mniej interesującą, ponieważ przeznaczam ją na nadrobienie dystansu. Na szczęście pomagają mi w tym szybkie drogi południowych landów. Widoki ładne jak na „dojazdówkę”, może tylko duży ruch i towarzyszący mu huk są lekko uciążliwe ale ogólnie nie narzekam. Jakoś nie mogę się przemóc aby zacząć używać zatyczek do uszu. Chcę zanocować w pewnym oddaleniu od Jeziora Bodeńskiego i tym samym przyoszczędzić troszeczkę. Z realizacją trochę gorzej i niestety trzeba uiścić normalna cenę jaką płacą jednodniowi turyści w sezonie wakacyjnym. Na osłodę ucinam sobie krótką pogawędkę z recepcjonistką, której mama pochodzi w Polic w zachodniopomorskim. Obie Panie były tam w zeszłym roku i ku mojemu zdumieniu oceniają kraj nad Wisłą jako nowoczesne oraz dobrze zorganizowane państwo. Pod koniec wykonuje standardowy telefon do domu: „tak, tak wszystko jest ok, mam gdzie spać, nie głoduję, motocykl bez zarzutu, żadnej afery nie było, nikt mnie nawet na mnie nie zatrąbił, pozdrawiam wszystkich, zadzwonię jutro…..”. W pokoju hotelowym rzucam klamoty gdzie popadnie
    1 point
  26. Dzień drugi 29.07.2020 Obieram kierunek na zamek Czeski Sternberk znajdujący się niedaleko Pragi. Ruch mały, cieplutko, czego chcieć więcej? Po paru godzinach jestem na miejscu. Obiekt jest spory. Wrażenie potęguje dodatkowo jego położenie na skale ponad malowniczą rzeką. Niewiele myśląc kupuje bilet, a Pani kasjerka wyposaża mnie dodatkowo w polski tekst. Tak przygotowany wtapiam się w grupę turystów. Obiekt posiada zabytkowe wyposażenie z epoki. Nawet komuniści nie rozkradli tu za dużo pozwalając ostatniemu właścicielowi pozostać na miejscu w charakterze stróża. Szczerze rozbawiony tym jakże wymownym epizodem postanawiam zjeść klasyczny czeski obiadek składający się z gulaszu w towarzystwie knedlików. Typowa krótka przerwa na fotkę Idąc gdzieś na dłużej przypinam kurtkę i kask. Reszta bagażu na łasce losu, choć wątpię czy istnieje skuteczna ochrona Zamek Czeski Sternberk A tu czeski obiad Jest jeszcze wczesna godzina, a szybki rzut oka na mapę rodzi plan udania się do pobliskiego zamku Konopiste. Nie jest to szczególnie trudne albowiem po pół godziny jestem na miejscu. Prawda jest taka, że można by tu zwiedzać cały dzień. Jest kilka możliwych tras do wyboru, ogromny park, jezioro, a jakby komu było mało są też niedźwiedzie mieszkające w fosie. Ograniczony czasowo udaję się na zwiedzanie średniowiecznej części obiektu. Wracając do zaparkowanej Afryki kontem oka dostrzegam baner z napisem Jawa muzeum. Oczywiście idę, bo uwielbiam muzea motoryzacji. W nagrodę wchodzę ze zniżką, którą prawdopodobnie zawdzięczam strojowi. Jak się łatwo domyśleć eksponaty reprezentują czechosłowacką myśl techniczną. Bardzo podoba mi się to, że są one kompletne oraz zadbane, co jest trudniejsze niż pokupować gruzów na oślep. Zamek Konopiste W muzeum motocykli Java Czechosłowacka myśl techniczna Kolejna Java Słońce jest jeszcze wysoko i dzięki temu otwiera się możliwość spokojnego ujechania dodatkowych kilometrów. Wybieram boczne lokalne drogi biegnące przez malownicze pola. Szukanie noclegu na wycieczce rozpoczynam tak mniej więcej od dziewiętnastej, bo wiadomo nie zawsze jest miejsce, a staram się nie jeździć po nocach. Pod wieczór docieram do miasteczka Nepomuk. Lokalne drogi południowych Czech
    1 point
  27. Piotrku, znalazłem jeszcze coś takiego. Nie wiem czy znasz te treści, ale jeżeli nie, to może znajdziesz tam coś dla siebie. https://screwitletsride.com/skandynawia-2021/?fbclid=IwAR0Y3eocfjI3oWWWWbsvZ5VmBJIDctvFulUg0yL1ATM6Ebd6sE57Lp5UcIc W zakładkach znalazłem jeszcze: http://aktywnie.mberkan.pl/2015/07/28/nordkapp-na-motocyklu/
    1 point
  28. kupować złoto i zakopywać pod jabłonka. (w nocy,żeby nikt nie widzial)
    1 point
  29. Piątek Cały poprzedni wieczór spędziłem na kontroli prognoz pogody oraz wbijaniu do swojej starej, siwej pały trasy do Zell am See. Od 14:00 należało spodziewać się burz w okolicy Salzburga. Wielki Dzwonnik to Wysokie Taury, więc pogodę trudno tam przewidzieć. Postanowiłem ruszyć wcześnie rano. Dalszy przebieg drogi powrotnej do domu był mi znany. Mój towarzysz podróży, cykor, mówił, że do południa liczy się technika jazdy. Od południa trzeba będzie działać jak Shackleton, bo liczy się wytrzymałość. W piątek wystartowałem o 04:30 i po lokalnych drogach, potem przez Rosenheim, Walchsee i Lofer do Zell am See. O 07:00 zatrzymałem się z pełnym bakiem pod bramką wjazdową. Trafiła się fantastyczna pogoda i pustki na wjeździe. Trudno opisać wrażenia. To kombinacja zachwytu, ekscytacji nieznanym i niepokoju związanego z powrotem. Przyroda kwitła, widoki i kolory rzeczywiście niezapomniane. Osobom z żyłką geologa trasa oferuje kilkanaście przystanków z opisem morfologii, minerałów i historii tego masywu. Kilku tubylców dokazywało na nakedach. Widać było, że drogę znają na pamięć. Chyba wiedzą też (ja wtedy nie wiedziałem), że wczesna pora to najlepszy czas na taką trasę. Relacje z YT pokazują, że na tej drodze czasami jest tłoczno. Załadowany bagażem, raczej ostrożnie, wspinałem się po tych nawrotach Na kilku winklach wymalowane są kręgi, które pomagają trzymać prawidłowy tor motocykla jazdy w łukach. Było też kilku cyklistów, oni mają tam co kręcić. Nie wiem, jak hamują przy zjazdach, bo przecież nie silnikiem. Zaskoczeniem było zachowanie kierowców samochodów, którzy chętnie i bez kompleksów przepuszczali motocyklistów przodem w każdym możliwym miejscu. Cykor wysiadł po zjeździe po granitowej kostce z tarasu na Edelweiss Spitze. Powiedział, że zaczeka na dole. Dojechałem do Kaiser-Franz-Josefs-Hohe. Na parkingu stały dwa motocykle i dwie Vespy. Widoki oszołamiające, ale lodowiec Pasterze krótszy, niż się spodziewałem. Uprzejmy kierowca Bonda R1200 zrobił mi kilka zdjęć. Zjazdy po winklach dla mnie zawsze są trudniejsze, ale drogę znałem trochę lepiej. Powrót na bramki poszedł sprawnie. W kierunku przeciwnym na tej pięknej drodze zaczęło robić się gęsto od (moto)-cyklistów. Około 10:00 wyjechałem z bramek przed Fuchs. Odebrałem cykora, który czekał cierpliwie. Doliną rzeki Salzach przez korki w Bischofshofen wypadłem na autostradę w kierunku Salzburga. Za tunelami złapał mnie mały deszcz. Już chciałem się przebrać na stacji, ale zaczęło się przecierać i w pół godziny byłem suchy. Zrobiło się parno. Nad Mondsee o 12:00 zjadłem późne śniadanie i wtedy odezwał się cykor. „Co zrobisz ciulu, jak chycisz pana?”.. Tym pytaniem męczył mnie aż do Gorzyczek. Od autostrady odpocząłem zjeżdżając w Melk w kierunku doliny Dunaju (Wachau). Wachau ciągnie się aż po Krems. Ten region do dobra odskocznia od nudnej autostrady Linz - St Polten i północnej obwodnicy Wiednia. Pełna jest winnic i sadów. Pod koniec lipca zwykle kończą się zbiory moreli, z których słynie ten region. Produkt destylacji tych owoców jest przepyszny. W upalny dzień w drodze można spróbować lodów lub knedli z morelami albo naleśników z lokalną konfiturą. Warto też przyjrzeć się przeciwpowodziowym wałom biegnącym czasem środkiem miasteczek. Na wielu budynkach można zobaczyć znaczniki poziomów wysokiej wody i powodzi z XIX i XX wieku. Dopakowałem bagaż o małe zakupy i poleciałem dalej. Kolejny odpoczynek z kawą za Brnem w Rohlence uzmysłowił mi, że mimo wypicia sporej ilości płynów wszystko odparowało. Było naprawdę gorąco. Do domu dojechałem o 20:30, zamykając wynik dzienny na 1001 km. Cykor wysiadł chwilę wcześniej, w Czerwionce. Zdjęć zrobiłem niewiele. Te dokumentujące trasę znajdziecie pod adresem: https://photos.app.goo.gl/T66xqNRdbc7SG2X29
    1 point
  30. Polecam tych świrów Zwłaszcza jak już wylądują w wagonie metra Bębniarz dla mnie "namber łan":D
    1 point
  31. może banalne : tyle powrotów ile wyjazdów wszystkim życzę .
    1 point
  32. Środa Ruszyłem o 04:30. Do sakw wrzuciłem termos z herbatą, kanapki na drugie śniadanie, smar do łańcucha i przeciwdeszczówkę. Zaczęła się rajza z cykorem. Pod Ostrawą założyłem podpinkę pod kurtkę, bo ranek był dość chłodny. Do Brna jechałem znaną pewnie wszystkim autostradą. Nie forsowałem tempa jazdy i o 07:00 tuż za Brnem zaliczyłem pierwsze tankowanie. Dalsza trasa wiodła przez Tabor, Czeski Krumlov i dalej drogą 39. Tutaj, przy wyprzedaniu TIR-a, zaskoczył mnie jadący z naprzeciwka katamaran, którego się nie spodziewałem. Zdążyłem wrócić za ciężarówkę a cykor z politowaniem pokiwał palcem. Potem bez 100% pewności nie wyprzedałem już nikogo. Przyroda i infrastruktura Szumawy zachęca do minimum tygodniowego wypoczynku, jest sporo tras rowerowych, jezior i pensjonatów. Po winklach Kvildy, Moravy i Srni sprawdziłem łańcuch. Był już zbyt luźny. Niestety w zestawie narzędzi brakowało mi klucza do nakrętki ośki koła. To mój błąd, następnym razem muszę sprawdzać komplet narzędzi. Po drodze w Zeleznej Rudzie przy niemieckiej granicy znalazłem muzeum motocyklowe, ale nie miałem już czasu na zwiedzanie. Dalsza droga wiodła przez Las Bawarski, a potem autostradami i lokalnymi drogami przez Deggendorf i Erding. W hotelu koło Ebersbergu wylądowałem o 17:00. Drogomierz pokazał w tym dniu przebieg 840 km. Cykor nie odpuszczał.
    1 point
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.